12 czerwca 2017

2404

Zauważyliście, że ostatnio przychodzę z notką tylko wtedy, gdy coś wyprowadzi mnie z równowagi? Swoja drogą - miło, że sytuacja występuje zaledwie raz w miesiącu (i nie jest związane z PMSem). Dziś, Drogie Państwo, wkurzyła mnie sprawa Avonu i oskarżeń byłej pracownicy. To zacznę od linka. Otóż co, mianowicie, my czytamy tu? Proszę:


Lawina nienawiści do Avonu ruszyła z takim impetem, że szkoda gadać. Mnie wpadł w oko ten wpis zanim Avon się do tego ustosunkował i od razu poczułam smród, ale powstrzymałam się od jakichkolwiek komentarzy, bo nie wszytko trzeba skomentować. Jednak kiedy ukazało się oficjalne stanowisko firmy, pomyślałam tylko: jakie to smutne, że można dowolnie kogoś obsmarować w Internecie i żadnej odpowiedzialności. Czyli ta sama refleksja, co zawsze.

Jaki fragment tekstu powinien zwrócić naszą uwagę przed poznaniem stanowiska Avonu? Ano takie dwa:
1. "Stało się to zanim onkolog wystawił mi zwolnienie",
2. "Informację o spotkaniu, w czasie którego miałam być zwolniona, dostałam czekając w szpitalu na biopsję".

Moi Drodzy - biopsję robi się w celach diagnostycznych. Zatem kiedy pani Frejkowska została zaproszona na spotkanie, nie wiedziała, że jest chora i nikt tego nie wiedział. Najprawdopodobniej zauważono zmianę w piersi i poddano dalszej diagnostyce. W związku z czym nie było możliwości, żeby w Avonie już wiedziano, że ma raka, bo nie wiedzieli tego nawet lekarze. Zmiana w piersi może okazać się włókniakiem, zwapnieniem (tu mniejsza szansa, bo pani Frejkowska wygląda na osobę młodą) i każdą inną formą, niekoniecznie złośliwą. Z tego też powodu lekarz nie wystawił zwolnienia - po prostu nie miał na co. Inna sprawą jest, że nawet przy raku onkolodzy nie wystawiają każdemu od razu zwolnień chorobowych. Nie zawsze sytuacja tego wymaga. W wielu przypadkach znacznie lepiej jest, gdy pacjent prowadzi normalną aktywność, bo wtedy ma zajęcie i nie myśli cały czas, że pora do trumny.

A potem, w naprawdę krótkim czasie, ukazało się stanowisko Avonu.


Ach! Czyli to nieprawda, że pani Frejkowska pracowała w Avonie?! Jakoś trudno mi uwierzyć, że nie miała świadomości zatrudnienia u pośrednika, wszak doskonale wie (chociaż się myli, bo nie 30, tylko 33), za ile dni zwolnienia lekarskiego płaci pracodawca. Trudno mi też uwierzyć, że nie wiedziała, że Avon nie poniesie żadnych kosztów związanych z jej chorobą (i już zaplanowała długoterminowe zwolnienie lekarskie - co na to lekarz prowadzący?), ponieważ jako zleceniodawca płaci za wykonaną usługę i jest mu wszystko jedno, kto ją wykonuje. Na tym właśnie polega outsourcing i nie będziemy tu dyskutować, czy to jest właściwa forma zatrudniania pracowników, bo nie tego dotyczy post. Chodzi tylko o to, że wszelkie zarzuty pani Frejkowskiej są chybione i wystawiają jej tylko opinię, jako pracownikowi. Niezbyt chlubną, niestety. Ja bym nie zatrudniła, choć oczywiście bardzo współczuję, jeśli faktycznie jest chora.

Dodatkowo mogę podejrzewać, chociaż nie mam absolutnej pewności, a jedynie wniosek ten podopowiada mi doświadczenie życiowe i znajomość rynku pracy, że pani Frejkowska w ogóle nie miała umowy o pracę, a jedynie zlecenie, ponieważ tak działa znakomita większość agencji pracy tymczasowej. Zatem kosztów zwolnienia lekarskiego nie poniósłby nikt i niech mnie jakiś kadrowiec / jakaś kadrowa wyprowadzi z błędu. Bo niby po co zatrudniano by na zlecenie? Ano m.in. po to, żeby nie płacić za urlopy i zwolnienia związane z chorobą. Kiedyś jeszcze była to kwestia składek do ZUS, ale od lat umowy zlecenia są "ozusowane", więc nie tędy droga.

Co tymczasem robi Avon, na którym, jak podejrzewam, pani Frejkowska usiłuje wymusić zatrudnienie? Czy milczy? Wypina się? Wydaje oświadczenie i olewa? Hmmm...


Pomimo faktu, że pani Frejkowska po prostu oczerniła firmę, ta nadal się stara jej pomóc. Mnie sie to podoba - jest bardzo spójne wizerunkowo i pokazuje ludzka twarz Avonu, który mógłby przeciwko zainteresowanej wytoczyć armatę. Zrozumcie, że żadna firma nie może przyjmować do pracy ludzi tylko dlatego, że są chorzy. Bo jeśli jedna osoba, to czemu nie 1000 kolejnych? Pani Frejkowska najwyraźniej nie sprostała oczekiwaniom rynku i jedyne, co wymyśliła w tej sytuacji, to jazda na złej opinii zleceniodawcy. (Trochę mi to przypomina jazdę na trumnach do urn wyborczych, ale oj tam). A może powinna po prostu poprosić o pomoc? Zwyczajnie, po ludzku, zgłosić się do fundacji prowadzonej przez Avon, opowiedzieć o swojej sytuacji życiowej i zapytać o możliwość wsparcia?

Zwróćcie uwagę, że Avon jej nie oczernia. Polityka firmy jest taka, że spotyka chorego człowieka i mu pomaga, a nie ocenia. Nie podoba Wam się to? Toście jeszcze na rynku pracy w dupę nie dostali!

Doktor House ma rację: ludzie kłamią. Bądźcie krytyczni czytając różne newsy, starajcie się docierać do faktów, powstrzymujcie konie swych emocji i pamiętajcie, że nie wszystko pomyślane ad hoc musi zostać upchnięte w przestrzeń wirtualną. Czasem warto chwilę zaczekać, wyjśc z psem (albo dzieckiem) na spacer, ugotować zupę albo obejrzeć komedię. A już najlepiej jest się parę godzin przespać. Przysłowie mawia, że ranek jest mądrzejszy od wieczora.

Pani Frejkowskiej życzę zdrowia i żeby wraz z nim przyszło opamiętanie. Stawanie się lepszym człowiekiem ma po prostu obiektywny sens.

13 maja 2017

2403

Kiedyś Tato powiedział mi, że w pewnym momencie dojrzały czytelnik zaczyna odczuwać brak pociągu do beletrystyki. Puściłam to mimo uszu, ale zaczyna mi się wydawać, że miał rację i najlepszym przykładem wtórnego odprysku czytelnictwa w moim przypadku jest nie to, co czytam, ale to, co piszę. Coraz częściej czuję potrzebę, żeby wypowiedzieć się na tematy społeczne - coraz rzadziej, by pisać o kolejnym podkopie pod płotem. Wychodzi na to, że - jak zaśpiewał niegdyś zaprzyjaźniony zespół rockowy: ojciec ma zawsze rację*.

O czym więc dzisiaj zamierza opowiedzieć Ciocia Asia? Ano o odpowiedzialności i przewidywaniu konsekwencji. Dzięki temu wstępowi ci z Was, których moja czcza gadanina irytuje, mogą już wyłączyć telewizor. Cierpliwszych zapraszam do rozważań. Piszę na gorąco, ponieważ uważam, że sprawa tego wymaga. Być może powstrzyma to kilka osób od emocjonalnego kliknięcia i nie ukrywam, że na to właśnie liczę.

Dziś popołudniu internety (z naciskiem na fejsbuk) obiegła informacja, której - z przyczyn dla tej notki charakterystycznych - nie zalinkuję. Informacją tą był film z okropnego zajścia. Otóż w pewnej szkole ponadpodstawowej doszło do przemocy: cztery gimnazjalistki bez litości tłukły i kopały jedną dziewczynkę, czemu przyglądali się (i filmowali!) chłopcy. Film był straszny - obejrzałam go. Wdałam się również w całkowicie bezowocną dyskusję pod jednym z udostępnień. Czy żałuję? Chyba nie do końca. Finalnie nikogo chyba nie przekonałam, ale moi interlokutorzy znacznie spuścili z tonu, a opuściłam ich w momencie, gdy skończyły się argumenty i oberwałam od donosicieli. Nie wiem więc, co było dalej i - jak zapewne się spodziewacie - nie zamierzam sprawdzać.

Na wstępie, dla dobra późniejszych wywodów, pragnę wszystkich zapewnić, że jestem absolutnie przerażona tym, co zobaczyłam. Cztery dziewczynki "profesjonalnie" rozstawione, bijące w twarz, głowę, tułów swoją ofiarę, kopiące ją (również w głowę!!!), nienawistnie wykrzykujące pod jej adresem, a także chłopcy z drugiej strony telefonu, zachęcający oprawczynie do kontynuowania procederu, to aż za wiele na moją wytrzymałość. W chwili, gdy to sprawdzałam, pod filmem było 18.000 komentarzy, nienawistnych, pełnych agresji i zachęcających do bezlitosnego rozprawienia się z agresorkami (ciekawe, że nikt nie odnosił się do chłopców zza kadru). Naówczas film ten miał blisko 39.000 udostępnień. Strach pomyśleć, jaki był zasięg globalny.

Sytuację uważam za jednoznacznie złą i byłam prawdopodobnie jedyną osobą, która w komentarzu przywołała policję z prośbą o interwencję z urzędu (przyznaję z bólem, że nie mam mocy przerobowych na sprawdzenie wszystkich wpisów). Nienawiść, zachęcanie do samosądu, agresja lały się strumieniami. Nie wiem doprawy, co bardziej mnie przeraziło: czy sama sytuacja, czy kompletny brak odpowiedzialności dorosłych, którzy wyrzucili z siebie emocje kompletnie nie licząc się z konsekwencjami, jakie mogą z ich bezmyślności wyniknąć.

Daleka jestem od idealizowania świata. Sama byłam wielokrotnie ofiarą przemocy i z ogromnym wstydem nie potrafię przysiąc, że sama jej nie używałam. Nie zawsze byłam tą osobą, którą jestem obecnie. Mało tego! Doskonale pojmuję, że przez lata byłam głupkowata, pragnęłam akceptacji i poddawałam się psychologii tłumu, co prowadziło mnie po częstokroć na bezdroża debilizmu. Wstydzę się tego i nie usprawiedliwiam. Na szczęście mój spowolniony mózg w końcu zaczął działać, by doprowadzić mnie do sytuacji, gdy specjalnie nie krzywduję swojemu intelektowi.

Co on mi obecnie podpowiada? Ano, że tak nie można. Po pierwsze ujawnianie publicznie czyjegoś wizerunku bez jego przyzwolenia jest niezgodne z prawem. Na tym etapie nie możemy dociec, czy agresorki same zamieściły relację w internecie, czy też zrobił to ktoś trzeci. Jakkolwiek nie byłabym zwolenniczką natychmiastowej, ostrej reakcji na tę sytuację zarówno rodziców, jaki i nauczycieli oraz organów ścigania, tak uważam, że działanie dorosłych niezgodne z prawem niesie jedynie przesłanie... że wolno działać niezgodnie z prawem. A przecież prawo nie musi się nam podobać, ale dura lex, sed lex. W jaki sposób młody, dopiero kształtujący się organizm ma się dowiedzieć, co jest dobre, a co złe, skoro dajemy mu sprzeczne komunikaty?

Po drugie: ujawnianie twarzy tych dziewczynek jest skrajnie nieodpowiedzialne. Czy każdy, kto bez chwili zastanowienia kliknął "udostępnij", weźmie na siebie odpowiedzialność za ewentualny samosąd na tych dzieciach, do którego może doprowadzić?! Sądzicie, że na świecie jest mało osób, które zechcą "zdyscyplinować", "pokazać właściwą drogę", pozwolić zrozumieć, jak należy się zachowywać? Wiecie, jak działa psychologia tłumu? Tłum nie myśli, tylko rozszarpuje na strzępy. A od tego nie ma odwrotu. A nie o to, zdaje się, chodzi.

Przypomniała mi się sytuacja, kiedy w szkole podstawowej Zuzi dowiedziałam się, że w klasie jest chłopiec, którego dzieci ordynarnie szczują. Wróciłam do domu i zrobiłam jej jesień średniowiecza. Do dziś nie wiem, czy brała w tym udział, ale jedno wiem na pewno: moje zachowanie przyczyniło się do stworzenia porządnego człowieka. Gdy pokazujemy dzieciom na własnym przykładzie relatywność, nie uzyskamy tego, co nam się marzy w mokrych snach. Gdy mówisz dziecku, że należy przekraczać ulicę wyłącznie na pasach, a sam tniesz gdziebądź, nie oczekuj, że ono cię posłucha. Wychowasz gnoma, jakim sam jesteś. Zachowujmy się przyzwoicie. Może nie zawsze to się opłaca, ale na pewno warto.

Po trzecie: czy chciałabym, żeby moralności nauczył moje dziecko pięścią obcy tatuś? Czy w ogóle można kogoś nauczyć etycznego postępowania stosując przemoc? Jaki dajemy dzieciom przykład wyważonych, adekwatnych reakcji, gdy sami postępujemy skrajnie emocjonalnie, łamiąc prawo niesieni wzburzeniem? Czy uczymy dzieci odpowiedzialności pokazując, że każda iskra wznieca w nas pożar? Jak powinien zachować się w takiej sytuacji dorosły, odpowiedzialny człowiek? Jeśli zna dramatis personae - na pewno podjąć interwencję u rodziców, wychowawców, na policji. A obcy? Zawiadomić służby. Wszak działamy post factum! Nie rozmawiamy wcale o interweniowaniu w trakcie sytuacji! W Intermecie na kopy moralistów, a statystyki wykazują, że gdy coś się dzieje - ofiara zwykle pozostaje sama ze swoją tragedią!

Już w głębokim, zafajdanym dzieciństwie przestałam myśleć, że świat zbudowany jest w tęczowym entourage'u i składa się wyłącznie ze stokrotek oraz puchatych kociąt, z subtelną muzyką w tle. Wiem, że istnieje tyle dobroci, ile świństwa, zła, przestępczości i krzywdy. Ale wiem też, że nie przeciwstawimy im się, stosując identyczne metody. Dobro to nie jest słabość, do jasnej cholery!!! A dorosły człowiek myśli i przewiduje (na ile to możliwe) konsekwencje swoich zachowań.

Na koniec powiem coś straszliwie niepopularnego. Otóż, widzicie, ja od zaistnienia uważam gimnazja za zło. Oczywiście nie chcę negować pracy, jaką wkładają liczni nauczyciele w podniesienie jakości wychowania i nauczania w placówkach tego poziomu, ponieważ to szanuję i doceniam. Nie jestem również zwolenniczką likwidacji etapu gimnazjalnego, ponieważ sądzę, że raczej powinniśmy udoskonalać to, co już istnieje niż zaorać wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć. Ale zmierzmy się z myślą, że widzimy jest odprysk. Grupujemy w odosobnieniu burzę hormonalną. No to mamy efekty.

Co ja właściwie chciałam tu powiedzieć? Och, zaskoczę Was! To, co zawsze. Nie bądźcie chujami płci obojga. Nie kierujcie się wzrostem adrenaliny. Zachowujcie się wyważenie i adekwatnie. Interweniujcie, gdy sytuacja tego wymaga.

------

PS Na koniec dykteryjka w aspekcie wpisu o odpowiedzialności za komentowania na podstawie sędziego Gwizdaka. Otóż wrócił z poprezesowkich, urlopowych, zagranicznych, rowerowych wojaży i przeczytał moją notkę. Zachował się tak, jak przypuszczacie. BARDZO EMOCJONALNIE** ;-)
Oraz znów mi wyznał. Jego tajne spowiedzi doprowadzą mnie kiedyś do schizofrenii. Ale liczę, że będzie się działo! I oczywiście całym sercem wspieram te szalone, wspaniałe plany. Niech się dzieje!

PS 2 Ludzie, ja się czuję czasem jak konfesjonał. Myślę o wprowadzeniu opłat. Ja mam liczne kredyty i chcę, żebyście to przyjęli do wiadomości. Howgh.


* Żeby nie było, że taka poważna jestem: chodziło o spożycie alkoholu. Ale hasło chwytliwe.
** Dużo emotikonek. Dużo wykrzykników.

9 maja 2017

2402

Dziś zapragnęłam Wam wytłumaczyć niezwykle łopatopogicznie, dlaczego Hanusia jest Bardzo Niegrzecznym Pieskiem. Ujmując rzecz w najkrótszym możliwym skrócie - Hanusi nie da się wychować, ponieważ przestępstwa popełnia radośnie i człowiek nie potrafi jej skarcić.

Egzemplum.

Hanusia wykopuje kolejną dziurę pod płotem, a następnie zwiewa do tych łąk i pól zielonych. Człowiek (czyli ja) wyparza z chałupy i ryczy: HANKAAAAAAAA!!! A Hanusia...

video

Człowiek podejmuje kolejne wyzwanie i ryczy: HANKAAAAA, CHODŹ TUTAJ!!! A Hanusia...

video

Do tego odwraca główkę w stronę człowieka, wywiesza józiowy ozór, łopocze nim na wietrze i...

video

Jeśli akurat trawa lub zboże podrośnie, to widzimy tylko fragmenty całej zabawy (bo część Hanusi znika), ale zawsze...

video

I ja nie potrafię się na nią gniewać. Gdyż w Hanusi jest cała radość życia, te muchy pomiędzy zębami, łopot ozora na wietrze, furgająca kita i cwał.

Jeśli mi się kiedyś uda - sfilmuję i sami zobaczycie. To znaczy... nie zobaczycie, bo już widzieliście. Wygląda I-DEN-TYCZ-NIE.

7 maja 2017

2401

Internet jest dla mnie źródłem uczuć skrajnych. Z jednej strony uważam go za absolutny cud: ta unikalna w historii świata dostępność informacji, które są na wyciągnięcie nawet krótkiej ręki*, interakcje, którym zawdzięczam swoje dobre, ba! cudowne życie oraz multum znajomości, których nie nawiązałabym w żadnej innej sytuacji, dobro i pomoc, jakiej doświadczają potrzebujący**, pospolite ruszenia w obronie praw, wzrost społecznej świadomości i wiele, wiele innych. A z drugiej... to poczucie anonimowości i bezkarności, które pozwala niektórym osobom*** myśleć, że mogą napisać każdą bzdurę i świństwo, ponieważ nikt ich nigdy nie znajdzie. Jakże się mylą.

Ta dualna rozterka, która zaprowadziła mnie do dzisiejszej notki, odkłada się gdzieś w duszy od lat, ale szczególnie ukłuła w sprawie sędziego Jarosława Gwizdaka - osoby medialnej i nietuzinkowej, dającej się dostrzec w morzu głów. Na głowy te sypie się wiele oskarżeń o złą, krzywdzącą szarego obywatela pracę. Wypowiadający się nie dostrzegają wszakże jednego: otóż rozgoryczenie przegranego w danej sprawie zwykle jest równoważne z satysfakcją wygranego. Tu tkwi prawdopodobnie źródło irytacji. Niemniej warto zauważyć, że na tym właśnie polega problem, przez sędziego Gwizdaka często podkreślany.

Dlaczego akurat ta kwestia mnie boli? Z dwóch powodów. Otóż sama, jak wiadomo, pochodzę z prawniczej rodziny, a co za tym idzie - z rozterkami tej grupy zawodowej stykam się niemal od urodzenia. Mój Tato, człowiek honoru i kryształowej wprost, niemal idiotycznej uczciwości, na swoim zawodzie dorobił się mieszkania komunalnego i pożyczki, którą zaciągnął, by jakoś wypuścić mnie w dorosłe życie. Trudno w to uwierzyć, ale moi rodzice są ludźmi, posiadającymi... NIC. Przeszło pięćdziesiąt lat pracy zawodowej Ojca (serio - uwierzylibyście, że można pracować tyle lat?) w zawodzie, postrzeganym jako źródło wyjątkowych wprost dochodów i facet nie ma nawet linii debetowej w koncie. Jego największą finansową radością jest karta kredytowa. Myślicie, że na dużą sumę? Bynajmniej. Cieszy go zwykła możliwość spłacania w ratach tabletu, zakupionego przez nas online ślepej matce, żeby se mogła czytać książkę za pomocą dużych liter. I on, 81-letni staruszek, nie musi o te raty nikogo prosić.

Co w całej sytuacji jest jeszcze istotne? Otóż mój Tato nie jest przypadkową osobą. Nasze nazwisko jest bardzo znane w środowisku, Ojciec przez wiele lat pełnił różne świecznikowe funkcje i robił to (uwaga - będzie trudne słowo) społecznie. Wiecie, co to znaczy "społecznie"? Ja Wam powiem: to znaczy, że nie pobierał wynagrodzenia. Z jednej strony grzeje mnie to do czerwoności, ale z drugiej, cóż... mało kogo tak szanuję, jak Tatę. Byłam tam i widziałam, ile pracy, czasu, zaangażowania wkładał w robotę, za którą nie dostał nawet złamanego grosza. I finalnie, co on zrobił, ten mój Ojciec? Otóż zamknął mnie w pokoju na klucz w trzy sekundy po tym, jak oznajmiłam, że zamierzam studiować prawo. Zamknął i oświadczył, że nie nakarmi, póki nie zmienię zdania. Dziś, po czterdziestce, myślę, że pozwolił mi wyciągnąć lepszą kartę z puli losu. Wtedy szlag mnie trafiał. Gwizdaka ojciec w pokoju nie zamknął.

Z drugiej, jakby Wam to powiedzieć... znam człowieka. Tyle, ile on w czasie czteroletniej zaledwie kadencji, nienadęty, ludzki, normalny w najlepszym tego słowa znaczeniu, zrobił dla wymiaru sprawiedliwości, a tak naprawdę: dla nas, szarych obywateli, trudno opisać. Jeździł na wózku inwalidzkim po swoim sądzie, żeby samemu sprawdzić, jak trudno jest osobom z fizycznymi niepełnosprawościami dotrzeć tam, gdzie szary obywatel wskakuje bez zastanowienia. I wyciągnął z tego praktyczne wnioski. Stworzył unikalne w skali kraju rozwiązanie mediacyjne, pozwalające zwykłym ludziom uniknąć spraw cywilnych, po których - uwierzcie - zostają tylko ruiny i zgliszcza relacji. Jest współautorem wspaniałego, napisanego LUDZKIM JĘZYKIEM  podręcznika dla gimnazjalistów**** na temat tego, o co w ogóle chodzi w tym strasznym, nieludzkim językiem pisanym prawie. Wielokrotnie występował publicznie, mówiąc wprost o niedomaganiach systemu, ale - fakt - mówił wprost, z tym, że do inteligentnych. Znajdował czas, by spotykać się się z uczniami i studentami, by mogli poznać zawiłości dróg dochodzenia "sprawiedliwości". Urządzał gry terenowe w swoim sądzie - ja się na tym nie znam, ale podejrzewam, że to wydarzenie na skalę światową. Apelował o standard postępowania w czasie konferencji branżowych (istnieją tego dowody na YouTubie), udzielał wywiadów w prasie, występował w telewizji, udzielał się społecznie i zwyczajnie, po ludzku, wieczorową porą pomagał przez telefon, kiedy jakaś sprawa niecierpiąca zwłoki wymagała fachowego wsparcia.

A teraz jakiś chuj, za przeproszeniem, pisze, że szerokiej drogi i nie będziemy tęsknić. Otóż będziemy. Bo Jarek jest naszym dobrem narodowym, bo nie boi się (w tej sytuacji!) głośno wyrażać niepopularnych poglądów*****, bo jest człowiekiem - co podobno brzmi dumnie. Bo zawiadamia mnie cichaczem o różnych planach, których nie mogę ujawniać publicznie. Bo jest kimś, kogo - jako obywatele - BARDZO potrzebujemy. Nie wiem, czy to przeczyta. Jego kadencja, jako prezesa sądu, już się skończyła. Zabrał swój kaseciok (młodzi czytelnicy: kiedyś nie było kompaktów ani empeczy lub cztery), parę satyrycznych grafik stworzonych specjalnie dla niego, maszynę do pisania, co to miała mu przypominać o pokorze i poszedł do domu. Ja to rozumiem. Wiem, że czeka na niego żona, dzieci i oni mają prawo do normalności. Szanuję to. Ale zwyczajnie, po ludzku, jest mi w cholerę żal.

Potrzebujemy Jarków, choć nie mamy prawa żądać, by poświęcili dla nas swój świat.
Potrzebujemy odpowiedzialności, która nie pozwoli lekkomyślnie wieszać psów na ludziach, zasługujących na największy szacunek.
Boszsz... jaka jestem stara. Mam wśród znajomych IKONY. Obym choć trochę mogła doskoczyć do tego poziomu.

W swych rozmyślaniach o Internecie i zwykłym użytkownictwie pamiętajcie o linijce. Niech Wam służy do prania się po paluchach nim wydacie pochopny sąd o kimś, w czyich butach nie przeszliście nawet kilometra. Bądźcie odpowiedzialni. Bądźcie wyważeni. Kierujcie się myślą, że nie bez powodu mamy dwoje uszu i jedne usta - to wyraźna wskazówka, by w dwójnasób słuchać, a istotnie rzadziej wyrażać opinie. Zwłaszcza publicznie.
Pamiętajcie, że istnieje takie słowo, jak "szacunek".
Szacun, Jarku.

----


* Dla choć trochę inteligentnych, mających świadomość, co to jest źródło.
** Bardzo odsyłam Was na fp na fejsie, gdzie proszę o wsparcie dla młodych ludzi oczekujących TROJACZKÓW.
*** Wielu debilom.
**** Czyli dla każdego.
***** Zawsze mu obiecuję słać ziemniaki i cebulę do miejsca cichego odosobnienia.

25 kwietnia 2017

2400

Wstałam któregoś dnia i źle się zaczęło. Było bardzo wcześnie i ciemno, nie wyspałam się, w pracy czekał armagedon, psy i koty właziły mi pod nogi, potknęłam się na schodach i nie chciało mi się żyć. Nie mogłam opanować stada, wszyscy przepychali się do posiłku, popychali mnie, a kiedy wreszcie spacyfikowałam koty i większość psów, a potem próbowałam wydać posiłek, Morgan zaczął podskakiwać, miotać się, piszczeć - całkowicie uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. Byłam doprowadzona do ostateczności, krew zalała mi oczy, podniosłam rękę i warknęłam:
- Uspokój się, debilu, bo ci zaraz...
I nagle tknęła mnie myśl: CO JAK, KURWA, ROBIĘ?! Chciałam go uderzyć?! Co mnie opętało, że podnoszę rękę na tego biednego psa?! A jak ma się zachowywać?!!! On chyba sądzi, że mu się to wszystko śni. Z nieba spadł mu dom, gdzie zawsze jest miska pełna pysznego, świeżego jedzenia, a gdy tylko szturchnie miskę "wodną", to od razu ktoś leci, żeby ją napełnić, wokół są ludzie, którzy głaszczą, przytulają i całują, może biegać, skakać i bawić się z innymi zwierzętami bez ograniczeń, kiedy chce - łapie muchy w ogrodzie, kiedy chce - leży na kanapie albo przed kominkiem, śpi w łóżku przytulony do ręki, która nawet we śnie podrapie za uchem. Czego się więc spodziewać, jak nie tego, że on chce wszystkie te rzeczy naraz, szybko, więcej? Doświadczenie życiowe podpowiada mu raczej, że zaraz się obudzi, a ta niespotykana sytuacja zniknie, ustępując miejsca szarej rzeczywistości, w której bicie i głód. Czemu więc denerwuję się na to Bogu ducha winne stworzenie?!

***

W każdym z nas jest złość.

Frustracja, gniew czy złość to takie same emocje, jak każde inne. I - owszem - jak każde inne są nam bardzo potrzebne. Sygnalizują, że coś jest nie w porządku, że naruszono naszą strefę komfortu, że trzeba się zmobilizować, strzec granic lub wyjść poza nie, uciekać, chronić, bronić albo wołać pomocy. Nie jesteśmy złymi ludźmi, bo odczuwamy takie emocje - raczej miarą naszego człowieczeństwa jest to, co z nimi zrobimy. Czasami złość jest wręcz bardzo, bardzo potrzebna. Ale to nie znaczy, że usprawiedliwia każde nasze zachowanie. Dojrzały człowiek zachowyje się adekwatnie do okoliczności. Niedojrzały powinien pracować nad sobą*. Nie dajesz sobie ze sobą rady, a nie chcesz nad tym pracować? Męcz się sam. SAM, co podkreślam. Że niby nie wolno? Wolno. Nie wolno natomiast cedować swoich złych emocji na innych i tam ich rozładowywać.

***

Na temat Piaseckiego nie wypowiadałam się ani na blogu, ani na fejsie, ani nawet w realu. Do dziś, kiedy w oko wpadł mi artykuł cytujący jego następującą wypowiedź:
Małżonka mogła odejść. Dziś zrobiła aferę na całą Polskę. Chciała dokonać samosądu opinii publicznej, zanim sąd wyda wyrok. Przecież mnie już dawno zlinczowano**.

Otóż nie mogła. Gdyby mogła, na pewno by odeszła.

Osoba doświadczająca przemocy nie funkcjonuje w takich samych realiach i schematach, jak syty komentator, bezpieczny za swoja klawiaturą. Jeśli myślisz, że Piasecka mogła tę sytuację przerwać wcześniej, po prostu nie masz pojęcia o tematyce i potrzebujesz lektury. Dużo i dogłębnej. Fakt, że wreszcie zawołała o pomoc zasługuje na najwyższy szacunek, a sama Piasecka WYŁĄCZNIE na wsparcie. Jeśli uważasz inaczej, lepiej utnij sobie język. Wtórna wiktymizacja ofiar jest najgorszym świństwem, na jakie stać ludzkość.

Ważne, by zrozumieć, że w całym problemie nie chodzi wcale o zlinczowanie Piaseckiego, bo nie on jest naszym głównym problemem. Sytuacja w domu Piasecki to wierzchołek góry lodowej, który dzięki nagraniom wyjrzał spod kołderki niczym goła, nieumyta dupa. Tymczasem w setkach tysięcy, jeśli nie miolionach domów w Polsce jest ona chlebem powszednim. Przemoc stała się naszym dobrem narodowym - i to z tym musimy walczyć. Nie wolno przechodzić obojętnie, udawać, że się nie słyszy, bagatelizować czy, co najgorsze, próbować relatywizować sytuację, obarczając częścią winy ofiarę. PRZEMOCY WINNY JEST WYŁĄCZNIE SPRAWCA. A częściowo winni jesteśmy my wszyscy, jako społeczeństwo dający przyzwolenie na takie zachowania. I mówię tu o każdym rodzaju przemocy, nie tylko fizycznej. Zróbcie chociażby rachunek sumienia, ilu alimenciarzy osobiście znacie i podajecie im rękę. A to też jest przemoc - ma nazwisko: Ekonomiczna.

Jest jeszcze jeden aspekt, nad którym warto się pochylić. To głosy z gatunku: mężczyźni też doświadczają przemocy, a nikt z tym nic nie robi. Trzeba uświadomić sobie, że przemoc zawsze ma płeć i jest to płeć męska. Dziwne? Otóż nie. Zwróćcie uwagę, że role społeczne, w których funkcjonujemy, wyznacza dobry wujek patriarchat. To on marginalizuje przemoc wobec kobiet i dzieci, to on narzuca mężczyznom rolę supersamca, to on uważa, że zachowujesz się jak baba, to on głosi, że faceci nie płaczą. Nie płaczą i nie mogą się przyznać, że za zamkniętymi drzwiami... Co? Baba cię bije? Buchachacha!
I z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.

Każdy doświadczający działań przemocowych, zasługuje na pomoc, uwagę, wiarę i poważne traktowanie. Każdy, bez względu na płeć, kolor skóry, wiek, wierzenia, preferencje seksualne i w końcu gatunek. Kopnij jeszcze raz psa, kota czy inne stworzenie, a znajdę cię.
Znajdę cię, chuju i pożałujesz.

***

Skończyło się dokładnie tak, jak przypuszczaliście: podniesiona ręka opadła miękko na psią głowę, palce podrapały za uchem, zastukały miseczki z jedzeniem i stepujące radośnie pazurki na kaflach. Wszystko w porządku, Morganku. Wszystko w porządku.


* Każdy powinien.
** Pomijam poziom językowy. No, dobra - nie pomijam, ale się nie rozczulam.

17 kwietnia 2017

2399

Filozofia życiowa Łoterloo w pigułce.

Nie sprzątałam na święta. U nas w domu sprząta Zuzia, więc wykonała cotygodniowe, standardowe czynności. Owszem, umyła okna - czasem trzeba, a namawiałam ją od dawna, bo wciąż mi się wydawało, że jest zachmurzenie (a teraz mam pewność). Poza miastem jest inaczej, a nasz problem to raczej piach w łóżku niż spaliny na szybie.

Nie prałam na święta. Pierzemy zawsze w sobotę, więc gdy już wszystko było czyste i leciał ostatni rzut suszenia, Prezes zrzucił firanki (z powodów, jak powyżej). Uwielbiam zmianę firan, ponieważ on za każdym razem zapomina, że mamy dwa małe okienka (jedno w wiatrołapie, a drugie na schodach, oba zamontowane z myślą o doświetlaniu) i tak zabawnie biega potem po całym domu pokrzykując: "Nie mamy takiego okna!". Czasem nawet myślę, żeby dla beki prać firany częściej, ale obawiam się, że sobie zakoduje i całą zabawę szlag trafi.

Nie piekłam na święta. Bez powodu, po prostu mi się nie chciało. Poza tym nie ma tu zbyt wielu odbiorców na ciasto i nie wiadomo w końcu, co z nim zrobić. Kupiłam kawałek, żeby się nazywało.

Zrobiłam roladki z szynki z chrzanem, Zuzia mnie prosiła. I sałatki, ponieważ łatwo wchodzą (jedną z ziemniakami, drugą z ryżem - obie zapychają) i są bezobsługowe. Ugotowałam też jajka i nawet zjadłam dwa. Mam po kokardę na trzy tygodnie.

Przygotowałam obiad (jeden), bo wiedziałam, że rodzice chcą do nas przyjechać. Normalnie pewnie bym nie gotowała, gdyż po tak obfitym śniadaniu ktoś się zwykle ocknie koło 18 i sam sobie coś zrobi (albo wciągnie sałatkę). Nie traktuję tego jako czegoś wyjątkowego, w tygodniu też gotuję. W dodatku skorzystałam z powszechnie dostępnej opcji slow cooking, więc umówmy się, że wrzucenie ptaka do piekarnika nie zmęczyło mnie szczególnie.

Położyłam się na kanapie, wyciągnęłam laptop, odpaliłam filmotekę i wołam herbatki. Mam wolne, odpoczywam i jestem szczęśliwa. Nic nie muszę, bo kto mnie zmusi? Życie jest dokładnie takie, jakim je sobie zaprogramujemy. Nie ma w tym ani grama przesady, poza wypadkami losowymi, w który to zbiór włączam również nagłe przypadki medyczne. Nie, nie mówcie, proszę, że macie małe dzieci. Ja też miałam kiedyś małe dziecko, przy którym wszystko musiałam robić sama, bo przy okazji nie miałam męża (dla równowagi). Jeźlikto posiada męża lub też i inną formę partnerstwa, to wszystkie obowiązki można gustownie podzielić. A z części to nawet zrezygnować. Im więcej wpadnie do worka "olać to", tym dłużej będziecie odpoczywać.

Jeśli czujesz ciśnienie, żeby mieć kunsztowne pisanki w koszyczku z ręcznie wycinaną serwetusią, to przemyśl, co Cię tak ciśnie. Robisz to dla siebie, gdyż uwielbiasz? OK, ale wtedy nie narzekaj. Dla bliskich, choć nie lubisz? Niech se sami zrobią*. Dla kogoś z zewnątrz, żeby dobrze wypaść? Weź pigułkę. Nie ma nic gorszego niż umęczona i zniechęcona kobieta przy suto zastawionym stole. Obżarstwo jest przereklamowane.

Szanujmy się.
Dopóki same nie będziemy się szanowały, nie doczekamy się szacunku od innych.
A wymiar religijny nie ma nic wspólnego z kopą jaj. Serio, serio.


PS Uniknęłam również faz "nie jedz tego, to jest na święta" oraz "jedz, bo będę musiała wyrzucić". W sobotni wieczór do kuchni spłynęła po schodach Zuzanna i zażądała ciasta. Pokazałam jej kierunek kciukiem. Teraz nie wiadomo, co zrobić z resztą. Ciasta, nie Zuzanny.



* Niemowlęta mają w odwłoku pisanki. Starsze dzieci mogą malować. Mężowie (i inne formy) seksownie wyglądają skupieni, z pędzelkiem i w fartuszku.

14 kwietnia 2017

2398

Ze świątecznej książki kucharskiej Łoterloo.

Składniki:


Nie, nie wiem, czy musi być Wyborowa. Taką ktoś kiedyś do nas przyniósł, leżała z pół roku w zamrażalniku, czasem jakiś gość upił kieliszek. Nie znam się na wódkach.


Nie znam smaku innych mas kajmakowych, więc weźcie tę z Gostynia. Obecnie do nabycia w Biedrze.

Proces:


Wraź do mieszadełka masę. Ilość wyznaczamy metodą prób i błędów.


Dolej wódki. Ilość: jw.


Wykorzystaj józiowe mieszadełko, co se kupiłaś w Lidlu, chociaż bez problemu obchodziłaś się bez niego. Dziś znalazłaś zastosowanie, z którym NIKT nie będzie dyskutował.


Zakręć do uzyskania gładkości.


Gładkie wygląda tak.


Spróbuj trzynaście razy, czy aby nie za słodkie.

A Wy? Co zrobiliście na święta? Bo ja nie zdążyłam zrobić paznokci.

HAPPY EASTER!

11 kwietnia 2017

2397

Kilka dni temu Prezes zawołał mnie do swojego gabinetu.
- Chodź - powiedział. - Puszczę ci piosenkę, która zawsze mi się z tobą kojarzy. Od pierwszego usłyszenia.

Noooooo - pomyślałam - po siedemnastu latach to pewnie coś z Dr. Hackenbusha. Ale nic nie powiedziałam (serio), tylko poszłam, stanęłam przed komputerem i...


Wzrusz.

***

Za udział biorą:
Prezes
Łoterloo

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

Czas akcji:
dziś, 14:00

Prezes: (dzwoni)
Łoterloo: No, co tam u ciebie?
Prezes: Chciałbym wiedzieć, czy wracasz do domu zaraz po pracy.
Łoterloo: Owszem, wracam. A co?
Prezes: Nie, nic. Tak tylko.
Łoterloo: Stęskniłeś się? Po tylu latach to już przecież możesz mi normalnie powiedzieć.
Prezes: (milczy) Wszystkie twoje psy uciekły i wytarzały się w gównie. Chcę wiedzieć, kiedy wrócisz i weźmiesz odpowiedzialność!!!


MIŁOŚĆ

20 marca 2017

2395

Uprzejmie informuję, że różnica pomiędzy zużyciem prądu w marcu ubiegłego, a tego roku - a wzięłam pod uwagę wyłącznie stawkę zmienną (bez opłaty za przesył i innych, złodziejskich manipulacji) - wynosi na niekorzyść 2017 - 5,35 zł.

Oczywiście może to zależeć od różnych czynników. Np. w lutym obu lat mieliśmy zużycie identyczne co do 1 kWh, a przecież wymieniliśmy część źródeł światła na ledowe. Albo świecimy więcej, albo przybyły pożeracze prądu (i nie mam tu na myśli suszarki, bo jej jeszcze nie było). Zasadniczo utrafić w punkt się nie da, ale mamy rząd wielkości. Zatem obalam niniejszym mit o drożyźnie. Załóżmy nawet, że cała ta kwota należy do suszarki - a będę rzecz badać dalej - to nam daje zawrotną kwotę w zaokrągleniu...

65 zł ROCZNIE.

I to pod warunkiem, że w lecie brudzimy tyle, co w zimie i wszystko suszymy w suszarce. Pomnożyłam rzeczonego piątala z groszem przez dwanaście.

Podsumowując:

  1. nie mnie,
  2. nie niszczy,
  3. nie żre prądu
  4. i tak, nadal jest głośna, a to się nie zmieni.
Więc kto tam ma jeszcze wątpliwości, tego ich pozbawiam. Grzejcie ku sklepom z suszarkami - jednymi z najlepszych przyjaciół pani domu. Szczególnie tak chujowej, jak ja. Howgh.