23 lutego 2017

2391

Ostatnio wyraźnie potrzebuję jakichś istotnych podniet, żeby coś większego napisać. I właśnie komuś się udało, choć tym razem wcale nie chodzi o politykę, z którą jest mi bardzo nie po drodze, a co za tym idzie - obserwuję u siebie koszmarne zniechęcenie i blokadę na bodźce. Natrafiłam przed chwilą na dość stary, bo pochodzący z listopada 2015 roku artykuł, zamieszczony w kategorii "Listy do redakcji". Nie urodziłam się dzisiaj i wiem, że takie teksty pisane są przez copywriterów, co nie znaczy jednak, że nie reprezentują czyichś poglądów. Zapraszam więc do lektury - zobaczmy, czy tylko mnie czapka odskoczyła od głowy.

Na początek szumny tytuł: Prawda o pokoleniu lat 90. "Mam 40 lat i przeraża mnie to co widzę. Millenialsi są złymi pracownikami i rodzicami".
Po pierwsze - gdy ktoś pisze, że zna całą prawdę o jakimś zjawisku, to zwykle jest to prawda tischnerowska, czyli gówno prawda.
Po drugie - określenie millenialsi, zgodnie z definicją, obejmuje dwudziestolecie, nie może więc stanowić punktu wyjścia do rozważań o cechach całej grupy. Ktoś uważa, że w dzisiejszych czasach identyczne podejście do życia ma dwudziesto- i czterdziestolatek? Serio?!
Po trzecie - jeśli widzę, że jakaś wyodrębniona grupa społeczna robi wszystko źle, od razu też mam ochotę coś zrobić. Na przykład kupę na twórcę.

Urodziłem się w latach 70-tych, niedawno skończyłem 40 lat. Jestem menedżerem w średniej firmie. Zacząłem pracować w latach 90-tych, niedługo po upadku komuny. Choć minęło już 20 lat, to doskonale pamiętam tamte czasy. Zarobki były sprawą drugorzędną, najważniejszą wartością było to, że w ogóle możemy pracować. 10 godzin dziennie, 12 godzin dziennie, 15 godzin dziennie.

Ja też urodziłam się w latach siedemdziesiątych, nawet całkiem wczesnych. Jestem menadżerem w średniej firmie, zaczęłam pracować w latach dziewięćdziesiątych i doskonale pamiętam tamte czasy. Zarobki nigdy nie były dla mnie sprawą drugorzędną - prawdopodobnie dlatego, że byłam już DOROSŁA i miałam na utrzymaniu córkę. W dodatku sama. Praca sama w sobie nie była dla mnie nadrzędną wartością, tylko źródłem utrzymania (ale przyznaję, że uważam ją za łaskę, a nie przeszkodę). Czasem pracowałam po godzinach i w weekendy, żeby nam to utrzymanie zapewnić, bo płacono mi bardzo kiepsko; jednak zawsze niechętnie, ponieważ praca zabierała mi czas na WYCHOWANIE dziecka (podkreślam, bo to będzie kluczowe dla dalszych rozważań) i po prostu BYCIE  z moją córką.

Na swojej ścieżce zawodowej coraz częściej spotykam millenialsów, czyli reprezentantów Pokolenia Y, urodzonych mniej więcej wtedy, kiedy ja zaczynałem pracować (...). Nie będę więc się szerzej rozpisywał o ich roszczeniowych postawach, o nielojalności, o lenistwie. O tym, jak skrupulatnie pilnują, żeby nie wysiedzieć w pracy ani minuty dłużej poza założone 8 godzin, żeby nie odebrać telefonu ani maila po godzinach pracy, żeby broń Boże nie wyjść z pracy po godzinie 17. 

Po tym akapicie wnoszę, że nie mówimy o całym pokoleniu Y, tylko o dzieciakach młodszych od nas o jakieś dwadzieścia lat. I tę właśnie grupę chciałam w tym miejscu przeprosić. Bo w przeciwieństwie do autora omawianego gniota, wyciągnęłam z wieloletniego zawodowego doświadczenia zupełnie odmienne wnioski.

Przepraszam Cię, Córeczko, że wzięłam udział w psuciu rynku pracy. Że godziłam się na gówniane stawki, co pozwoliło pracodawcom myśleć, że mają prawo buszować w dżungli dzikiego kapitalizmu, odbierać wszelkie prawa pracownicze, zatrudniać na umowy śmieciowe lub całkiem na czarno, źle się odnosić do podwładnych, traktować kobiety przedmiotowo, szczególnie te najsłabsze: ciężarne i matki. Przepraszam, że wkraczasz na najbardziej chujowy rynek pracy w Europie, przez co myślisz o emigracji, żeby móc żyć godnie, jak człowiek. To nie Ty, tylko JA jestem winna. I BARDZO się dziwię, że palant, który napisał nasz artykulik, czuje się z tym komfortowo, odrzucając bez krzty zastanowienia własne błędy i zwalając wszystko na innych. Praca jest od tego, żeby pracownik umawiał się z pracodawcą na czas jej wykonywania, zakres czynności, odpowiedzialności - whatever. I żeby się tego oboje trzymali. Pracownik nie jest niczyim niewolnikiem, ma się wywiązać z umowy i zainkasować wynagrodzenie. Inaczej rzecz ujmując: on ma towar, ktoś ma kasę i od niego ten towar kupuje. A nie kradnie i jeszcze na pożegnanie wali pałą w łeb.
Tak, bywa, że zwykła przyzwoitość wymaga dorobienia czegoś po umówionym czasie pracy, ale to nie może być standard i nie może być za darmo. Też tak postępuję, ale nie czynię z tego zasady.

Jak z drugiej strony nie zapominają o egzekwowaniu swoich praw i wygłaszaniu wszechwiedzących korpoprawd (Ile można czekać na ewaluację?! Nie otrzymuję wystarczającego wsparcia od przełożonego! Nie czuję się wystarczająco doceniony! Uważam, że firma nie potrafi wykorzystać mojego potencjału! Komputer, na którym muszę pracować jest zbyt wolny! Nie podam swojego numeru na komórkę, bo to mój prywatny numer! Nikt mi nie powiedział, że mam to zrobić! Przecież wysłałem w tej sprawie maila! Ta firma jest źle zarządzana!). Jak są nieodpowiedzialni, krnąbrni, egoistyczni i niezaangażowani. 

Serio? A może to autor nie potrafi stosownie rozdzielić zadań i wyegzekwować ich wykonania? Może nie wspiera, a marchewka służy mu wyłącznie do tłuczenia po głowie? Od kiedy to pracownik ma obowiązek związać swoje prywatne życie z pracodawcą i podawać mu numer własnego telefonu? To jest egoizm i niezaangażowanie?! Bzdura! To jest zdrowy rozsądek! Ogarniania całej firmy nie zwala się na barki pracownika, zwłaszcza tak nieudolnego, jak przedstawiciel pokolenia Y, bez którego - ojej! - nagle nie można sobie poradzić!

Tu dygresja, bo muszę się przyznać, że mój pracodawca został poinformowany o prywatnym numerze telefonu. Ale ja zrobiłam to rozmyślnie, a nawet z premedytacją, ponieważ wciskano mi służbową komórkę, której bardzo nie chciałam wziąć i przemykałam się piwnicami tak długo, aż sprawa mchem obrosła. Po pierwsze dlatego, że ciągnęłabym ze sobą wszędzie dwa - niemałe obecnie - telefony, czego nie zamierzałam ani nie zamierzam nigdy robić. Po drugie dlatego, że podpisałabym umowę, w której jak byk stoi, że telefon ma być włączony zawsze, a ja mam obowiązek go odebrać. ZAWSZE. W pracy wszyscy mają mój prywatny numer. Ale ja mogę odebrać telefon... lub nie. Mogę go też wyłączyć - nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi. W ten oto chytry sposób zapewniłam sobie komfortowe życie prywatne. I tak, odbieram. Ale robię to dlatego, że mój szef ma świadomość korzystania z mojego prywatnego numeru, prywatnego czasu, każdą rozmowę zaczyna od przeprosin i wytłumaczenia się, czyli mamy jasność, kto komu robi grzeczność, więc dzwoni tylko wtedy, gdy sprawa naprawdę nie może poczekać do jutra. Zdrowy układ?

Ale przecież choć millenialsi słyną z tego, że na tyle długo, na ile się da odkładają moment podejmowania poważnych życiowych decyzji, tak długo jak się da mieszkają z rodzicami i nie zakładają rodzin, to skoro mają już dziś po 20 kilka, a nawet 30 lat, to ten moment właśnie nadszedł. Dzieci, które się dziś rodzą, to właśnie dzieci millenialsów.

Zuzia należy do nielicznej (sic!) znanej mi grupy reprezentantów pokolenia Y, która mieszka z rodzicami. Co ciekawe - zapytała, czy może. Wcale nie oczekiwała, że będziemy w nieskończoność łożyć na jej utrzymanie. Kiedy zdała maturę, ustaliliśmy zasady współpracy - ponieważ zależało mi, żeby studiowała w systemie stacjonarnym i skupiła się na nauce, a nie szarpaninie pomiędzy zdobywaniem środków na życie a wykształcenia (znam to i wiem, że można, ale wiem też, że nie trzeba) oraz, czego wcale nie ukrywam, żeby mogła wykorzystać krótki i ulotny czas młodości i wolności na studenckie życie, chlanie wódy i tańce do białego rana, zobowiązałam się łożyć, dać wikt i opierunek do końca tego wyjątkowego okresu. A ona i tak pracuje dorywczo, nie oczekując od nas pieniędzy na ciuchy, kosmetyki czy paliwo, o rzeczonej wódzie nie wspominając. I zawsze przepracowuje wakacje, aż czasem mi jej żal, bo dorosłe życie już nie będzie rozpieszczało. Pierwszy raz poszła do pracy, gdy miała szesnaście lat. Wstawała o czwartej rano, żeby zdążyć na szóstą. I szefowa błagała, żeby została na kolejny miesiąc. Ale może jest jedyna na świecie. Tym bardziej się cieszę, tym większą czuję dumę.

Spróbujmy więc sobie wyobrazić, jakimi rodzicami są i będą millenialsi. 

Nie, nie próbujmy. Dajmy im szansę pobyć rodzicami i zobaczmy, co z tego wyniknie. Nie jesteśmy zbawcami świata i nie nasza to odpowiedzialność za kolejne pokolenie. Nie mamy monopolu na rację, jak nie mieli go nasi rodzice, wbrew wyobrażeniom których postępowaliśmy, jak nie mieli go ich rodzice, przeciwko którym oni się buntowali. Bezczelność i buta wypływająca z każdego słowa tego żałosnego artykułu zwyczajnie mnie zatyka. Niedojrzałość jego autora jest aż nadto widoczna i... smutna. Oraz źle świadczy o portalu: albo podziela takie poglądy, albo zamawia tego typu bzdurne teksty tylko po to, żeby podbić sobie poczytność. Jedno i drugie jest zwyczajnie SŁABE.

A nawet jeśli nasze dzieci będą złymi rodzicami, to czyja to jest wina?! Czy aby nie nasza, skoro nie umieliśmy przekazać najbliższym nam istotom najważniejszych życiowych wartości?! Gdzie byliśmy (tu wracam do wersalików) w czasie, który należało poświęcić dzieciom? Może siedzieliśmy piętnastą godzinę w robocie za gówniane pieniądze? Albo biegliśmy za dużą kasą, wierząc, że dziecko wychowa nam telewizor? No to teraz właśnie poniesiemy tego konsekwencje. Skoro nie potrafiliśmy zadbać o to, co NAPRAWDĘ jest w życiu ważne, nie dziwmy się, że zbieramy tego żniwo. Touche!

I w końcu będą wymagający wobec państwa. Przecież Państwo też ma swoje obowiązki w stosunku do obywateli. Gdzie polityka prorodzinna? Gdzie dodatki? Gdzie zasiłki? Gdzie ulgi dla osób wychowujących dzieci? Urlop macierzyński? A dlaczego taki krótki? A tacierzyński? A becikowe? Skąd mamy wziąć na mieszkanie? Gdzie są preferencyjne kredyty dla młodych małżeństw? A ochrona dla pracujących matek? A ulgi na dziecko? 500 zł na drugie dziecko? A dlaczego tylko na drugie? A czy pierwsze dziecko jest gorsze od drugiego? No i dlaczego tylko 500 zł? Czy ktoś kto to wymyślał wie, ile kosztuje utrzymanie dziecka??? A tak w ogóle to sami też musimy mieć coś z życia! (...) A przecież mamy też swoje prawa! Chcemy mieć czas wolny, tylko dla siebie i na realizację swoich własnych przyjemności.

Obywatel ma niezbywalne prawo wymagać od państwa - wybiera rząd i powinien egzekwować obietnice wyborcze. Słabo nam to idzie, oj, słabo... Gdzie polityka prorodzinna? Gdzie ulgi dla osób wychowujących dzieci? Urlop macierzyński? A dlaczego taki krótki? A tacierzyński? A becikowe? Skąd mamy wziąć na mieszkanie? Gdzie są preferencyjne kredyty dla młodych małżeństw? A ochrona dla pracujących matek? A ulgi na dziecko? Wiecie gdzie?! W DUPIE! Tak, w dupie rządzących nami, nieudolnymi wyborcami, którzy zachłysnęli się czekoladą, coca colą i adidasami. No to teraz pijmy piwo, które sobie nawarzyliśmy.

Tylko nie zwalajmy winy na nasze dzieci. Sami je tak wychowaliśmy.

8 lutego 2017

2390

W komentarzach pod poprzednią notką wypłynął bardzo istotny temat. Na tyle istotny, że postanowiłam nie odpowiadać na komentarz, tylko poświęcić sprawie osobny post. Myślę bowiem, że wiele osób boryka się z tym problemem, radząc sobie lepiej lub gorzej i z pewnością warto dać znać, że nikt nie jest w takiej sytuacji osamotniony.

H. napisała:
notka o Cześku pomogła mi trochę pozbierać się i skleić choć kawałeczek rozbitego serca po śmierci mojej pierwszej, ukochanej kotki w grudniu.
no i teraz pytanie: czy ta strata przestanie kiedyś boleć? przestanę kiedyś sobie wyrzucać, że ją uśpiłam, że ją de facto zabiłam? (nie było szans. chłoniak, postępujący w zastraszającym tempie. w ostatnim dniu ważyła 2 kg). przestanę myśląc o niej czuć ten straszny lód w sercu? a może - jak przestanę, to zapomnę, więc jeszcze gorzej? czuję się totalnie ambiwalentnie; tęsknię i nie chcę tęsknić, a jak nie tęsknię - to zapominam? to był wyjątkowy kot. i nie zmienia tego fakt, że pewnie każdy tak myśli o swoim zwierzaku.

nie chcę Cię obciążać moim bólem; jestem pewna, że masz w sercu ciągle rany po swoich stratach. po prostu pytam, może po to, żeby trochę się uspokoić, wiesz, coś w rodzaju poczucia, że "inni też tak mają, to normalne".

Na początek chciałabym wszystkich zapewnić, że ból po stracie zwierzęcia ma prawo być tak samo mocny, jak po stracie człowieka. W końcu znamy wielu ludzi, którzy są nam obojętni i wiele zwierząt, zajmujących w naszym życiu niezwykle istotne miejsce. Zapewne dla wielu z Was, tak samo, jak dla mnie, zwierzęta są członkami rodziny, najlepszymi, najwierniejszymi przyjaciółmi, pozbawionymi całkowicie typowo ludzkich wad, jak zawiść, nienawiść czy zaleganie afektu. Po prostu łatwo jest je kochać, bo nasza miłość niejako staje się odpowiedzią, a nie pytaniem. Ale miłość ma to do siebie, że bywa trudna.

Czasami bywa tak, że nasze oczekiwania nie zbiegają się z rzeczywistością. Pomiędzy ludźmi zwalam to najczęściej na wadliwą komunikację, pomiędzy ludźmi a zwierzętami - najczęściej na niewłaściwe założenia. Np. bardzo często zdarza się, że ludzie oczekują od kotów, żeby zachowywały się jak psy, a od psów, żeby zachowywały się jak ludzie. To jest niemożliwe i błąd zawsze tkwi po stronie człowieka. Oczywiście pozostawiam margines na aberracje umysłowe czy psychiczne. Ale nie o tym chciałam pisać.

Miłość bywa również trudna, bo nasza kultura uporczywie nie chce przyjąć do wiadomości, że życie nierozerwalnie wiąże się ze śmiercią. Zwierzęta żyją krócej od nas (może poza dużymi żółwiami i słoniami, ale konia z rzędem temu, kto trzyma w chałupie słonia) i... tak po prostu jest. Taki fakt. A z faktami się nie dyskutuje. Przytulając zwierzę dla własnego bezpieczeństwa powinno się zakładać, że odejdzie przed nami. Ja nawet lubię to założenie, ponieważ serce mi pęka na myśl, co mogłoby się stać z moimi ukochanymi, gdybym je zostawiła na pastwę losu. Dlatego bardzo szanuję postawę moich rodziców, którzy w pewnym momencie zaprzestali przygarniania zwierząt, argumentując, że są na to za starzy. Co prawda po ich najdłuższym życiu nie dopuściłabym do samotności ich zwierzaka, ale rozumiem założenie i jest mi ono bliskie.

Zastanówmy się teraz, po co przygarniamy zwierzęta. Czy robimy to tylko dla własnej, egoistycznej przyjemności? Pytam odrobinę retorycznie, ponieważ znam nieprzeliczone rzesze osób, które przytuliły do serca osierocone, porzucone, skatowane, głodzone, nieszczęśliwe zwierzaki i dały im cudowne, wspaniałe życie. Co należy do dobrego życia? Żarcie należy. Ciepły kąt. Dach nad głową, czułość, pomoc w chorobie. I należy do niego również łaska śmierci bez cierpienia. Tak, śmierć bywa łaską i wybawieniem.

Kiedyś pisałam już o tym, jak dzięki Tusieńce zrozumiałam, że w sprawie cudzego cierpienia nie ma miejsca na egoizm. Kochałam ją do szaleństwa, a ona - maleńka, niepiękna i autystyczna - tak samo kochała mnie. I kiedy zapadła na nieuleczalną chorobę (ach, te kocie nerki), nie potrafiłam zdobyć się na poświęcenie i pozwolić jej odejść. Gotowałam papinki, karmiłam na siłę palcem, płakałam o 4 rano robiąc wlewy dożylne i... powiedzmy to sobie szczerze - męczyłam ją. A ona żyła siłą rozpędu, tylko dla mnie. Pewnego dnia wstałam rano, spojrzałam na nią: wychudzoną, cierpiącą, rozgorączkowaną, a mimo to patrzącą na mnie z oddaniem i miłością. I zrozumiałam, że stałam się kimś, kim nigdy nie chciałam być. Wzięłam na ręce jej malutkie, kruche, umęczone ciałko, przytuliłam z całego serca, poszłam do każdego z domowników, żeby mogli się pożegnać i pojechałam, by podarować jej śmierć. Długo nie mogłam się z tego podnieść.

Nie, nie z tego, że zdecydowałam o ostatnim zastrzyku, tylko z powodu własnej głupoty, a potem z powodu nieobecności i braku. Do dziś czuję ukłucie w sercu, gdy o niej myślę. O każdym z moich najdroższych, ukochanych zwierząt.

Odprowadziłam ich wiele. Trzymałam na rękach, szeptałam o miłości, tuliłam, gdy wydawały ostatnie tchnienie. Ufam, że to pomogło im przejść za Tęczowy Most. Płakałam w niemej skardze, tęsknocie i świadomości, że już nigdy więcej nie dotknę, nie przytulę, nie nadepnę, nie wrażę w pyszczek znienawidzonej tabletki. Ale nigdy, przenigdy nie pomyślałam, że zrobiłam źle.

Jesteśmy władcami życia naszych zwierzęcych przyjaciół, a także władcami ich bólu i odchodzenia. Miejmy litość. Wespnijmy się na wyżyny wdzięczności za ten najpiękniejszy czas, który nam podarowały, za tę miłość całkowicie bezinteresowną, za oddanie całego jestestwa. Miejmy litość i uczyńmy wszystko, żeby nie musiały konać w męczarniach. Bo śmierć naprawdę bywa wybawieniem.

Kochana H.!

Nie masz absolutnie żadnego powodu, by pielęgnować wyrzuty sumienia z powodu daru, który Jej przyniosłaś. Zrobiłaś po prostu to, co należało zrobić. Postąpiłaś mądrze i właściwie. Zachowałaś się jak Człowiek - skróciłaś niewyobrażalne cierpienie, mimo że to zraniło Twoje serce. Poświęciłaś siebie dla kogoś ukochanego. To nie jest przestępstwo, tylko bohaterstwo!

A tęsknota? Cóż... jeśli miłość jest wielka, to i rana w sercu po odejściu kogoś ukochanego jest wielka. Pozwól sobie na żałobę. Płacz, wyklinaj, zastygnij w milczeniu, wyjedź i chodź sama po lesie albo idź w tłum ludzi. Upij się, tańcz, obejrzyj głupią komedię czy Bardzo Smutny Film - cokolwiek wyraziłoby Twój ból. Masz do tego prawo! A potem pozwól jej odejść. Myślisz, że byłaby szczęśliwa wiedząc, że jest powodem Twojego nieustającego cierpienia? Czy chciałabyś być powodem niekończącego się cierpienia kogoś, kogo tak bardzo ukochałaś?

I tak, jeśli zamkniesz te drzwi, to minie. Może nie tak do końca i nie tak całkowicie, ale rana w sercu zacznie się zabliźniać. Tak ma właśnie być i to jest po prostu dobre. A na ten kawałeczek, który na zawsze już zostanie niezagojony, należy przykleić plasterek, najlepiej z innego zwierzęcia, któremu możesz dać piękne, cudowne życie. Sporo mam takich plasterków i przykleję kolejne, mimo świadomości bólu, który stanie się moim udziałem. To, że miłość sprawia ból, nie jest powodem, by nie kochać. Jesteśmy w końcu sumą różnych dobrych rzeczy, które możemy zrobić. Plasterki oczywiście mają to do siebie, że czasem się obluzowują, lekko odklejają i wypływa spod nich łezka, ale nie ma w tym w końcu niczego złego. Trzeba pozwolić tej łezce popłynąć, żeby nasz wolny już i szczęśliwy przyjaciel za Tęczowym Mostem wiedział, jaki był dla nas ważny. A potem "alleluja" i do przodu. Zło samo się nie wytępi, mamy tu jeszcze to i owo do zrobienia.

Ja na przykład muszę jutro głodzić Morgana i odebrać mu jądra. Na zawsze.

5 lutego 2017

2389

Morgan jest już u nas blisko miesiąc, więc pora na jakieś podsumowania.

Powoli oswaja się ze świadomością, że tu jest dom. Jeszcze niechętnie wychodzi do ogrodu, za to niezwykle chętnie wraca. Jako jedyny z naszych psów nie wpada do chałupy niczym wściekła fretka - bez względu na to, czy drzwi między wiatrołapem a holem są zamknięte, czy nie. Wchodzi, siada i czeka na wytarcie łapek. Tak, siada już zupełnie pewnie, nawet się zastanawiam, czy czasem nie był tego nauczony, gdziekolwiek przebywał. Natomiast odnoszę wrażenie, że boi się dotykania tylnych nóg. Owszem, pozwala nam na to, ale nie tak, jak Lesio czy Hania, które podnoszą pupy w wystawiają kończyny. Kuli się i kładzie po sobie uszka, a zadku nie podnosi z podłogi. Całuje mnie też w czasie wykonywania tych czynności intensywnie - i również w tym przypadku nie jestem pewna, czy z radości, czy z prośbą, żebym go nie skrzywdziła.

Nader prędko pojął, do której szafeczki należy się udać po smakołyki i czyni to z lubością. Po wytarciu łapek i upewnieniu się, że przebiegło jak zawsze, czyli go nie zlałam, a wręcz przeciwnie: nawrzucałam od dobrego, grzecznego psa, rozpierany radością galopuje do szafki po swoją nagródkę. Na początku nie wiedział, do czego służą te wszystkie patyczki, ciasteczka, kuleczki i nie chciał ich jeść. Po upływie bardzo skromnego czasu zatrybił i stara się o miano najwdzięczniejszego ze wszystkich odbiorców.

Próbuje też zarządzać Leśkiem i ten się go obawia. Kiedy Morgan charkocze, Lesina robi się smutna i nieśmiała, wobec czego rzucamy się pocieszać oraz tłumaczymy Morganowi zdecydowanie, że nie wolno i kropka. Niestety obawiam się, że jest niereformowalny w swojej histerycznej wprost zazdrości o mnie, co cwałem przybliżyło do niego wielkie, ostre nożyce robiące ciachu-ciachu i porządek z testosteronem.

Dzięki Bogu śpi na fotelu w sypialni - okazało się bowiem, że nasze łóżko jest czteroosobowe, w porywach do pięciu, jeśli Karol się nie rozpycha. Na Morgana po prostu nie ma miejsca. W związku z powyższym, po wstępnych pieszczotach wieczornych, kulturalnie udaje się na fotel po mojej stronie - ten po stronie Prezesa zajmuje najczęściej Karolek. Dzięki czemu możemy przetrwać noc w miarę kulturalnych warunkach. Z naciskiem na "w miarę".

W dni powszednie wybiega rano na siusiu razem z Haneczką (Lesiek nie sika na czczo), by pędem powrócić na śniadanie, ponieważ to ja wstaję pierwsza. W weekendy jest trochę większy problem (pierwszy wstaje Prezes), gdyż z ociąganiem schodzi na posiłek, ale póki ja zajmuję łóżko, on nie opuszcza domu. Dziś Prezesowi udało się go przechwycić i wypchnąć na zewnątrz, ale wczoraj musiałam wstać o ósmej, bo pies przyrósł do fotela koło mego wezgłowia i istniało podejrzenie, że mu pęcherz eksploduje.

Już prawie nigdy nie sika w domu (ostatnio zdarzyło mu się z tydzień temu i winię za to Prezesa, który prawdopodobnie nie zareagował na subtelną psią sugestię wypuszczenia). Nadal nie potrafi się bawić, ale coraz chętniej przyjmuje moje karesy polegające na szarpoleniu, klepaniu i przewracaniu na plecki. Jeszcze jest czujny i trochę spięty, kiedy ciągnę go za ogon (w przeciwieństwie do Hanki i Leśka, którzy uważają to za świetną zabawę), ale powoli zdaje się pojmować, że chodzi o jakieś przyjemności i czasem nawet staje na głowie, by w finale przegalopować z podskokiem przez kawałek salonu. To duży postęp, przypominam, że gdy pierwszy raz złapałam go za ucho, zaczął piszczeć z przerażenia, aż się wystraszyłam, że ma w uchu jakąś ranę. Sądzę, że przez najbliższe pół roku przerobimy go na swoją modłę.

Najtrudniej mu idzie z oddawaniem jedzenia i wytrzymaniem w siadzie, kiedy w grę wchodzi micha. Stara się, ale kiedy wyciągam mu z ryja jakiś smakołyk, jest krytycznie napięty, a dziś nawet (przy trzecim powtórzeniu) cichutko zawarczał. No, cóż... musi się nauczyć. Nie będzie mi pies w domu rządził albo żarł bez mojej zgody. Taka święta zasada.

Podsumowując: radzimy sobie naprawdę dobrze i jesteśmy wszyscy z tego zadowoleni. Hallelujah!

2 lutego 2017

2388

"Tygodnik Powszechny", którego jesteśmy prenumeratorami (a straszne z nas wybredziochy, więc brawa dla "Tygodnika"), w jednym numerze potrafi napisać:


i


I o co chodzi? Że format zwiększają z numeru na numer?!

Ludzkości! Zanim kogoś skrytykujesz, upewnij się, że sama nie wystawiasz się na pośmiewisko. W "Tygodniku" ktoś zawiódł i głupio wyszło. W PAP też zawiódł, ale przynajmniej nie podali komunikatu, że "Tygodnik Powszechny" idiotycznie się reklamuje. To mi przeszkadza.

Ach, te problemy pierwszego świata!

21 stycznia 2017

2387

No i przygarnęłam sobie rycerza z bożej łaski, któren to rycerz broni mnie przed całym światem. Głównie przed Leśkiem. No, cóż... jaka królewna, taki rycerz. Dochodzi do przekomicznych scen dantejskich, kiedy to łupię rycerza w wielki łeb poduszką, żeby zamknął warkot i on się do mnie odwraca ze spuszczonymi uszkami i oczami, w których widać miłość całego świata, po czym robi zwrot i charczy, jak nienaoliwiony motorek, żeby nikt mnie nie tknął, nie musnął nawet i nie chuchnął w moją stronę. Przy czym nie jest to jakaś ukonstytuowana nienawiść - na co posiadam dowód liczący minutę. O, proszę:


Chodzi tylko o to, że jestem boginią i jako taka mogę przyjmować hołdy wyznawców tylko z daleka (żeby buciorami nie nadeptali). Aż jestem ciekawa, dokąd to wyewoluuje.

Powolutku uczymy się siadać. Pies, który nie umie usiąść na komendę, jest bardzo uciążliwy. Doszłam do wniosku, że pora na to, bo Morgan zaczął się już spokojniej zachowywać przy wydawaniu posiłków. Wcześniej biegał jak oszalały, teraz potrafi ustać w miejscu. Kiedy nauczę go siadać i jeść na komendę, to reszta z górki. W końcu najważniejszy jest mój komfort, reszta stoi w kolejce.

Poza ześwirowaniem na moim punkcie, jest to kochane, dobre, przyjacielskie i spokojne zwierzątko. Będziemy go jeszcze raz prać (i innych przy okazji też), szarpnęłam się na jakieś masakrycznie drogie kosmetyki normalizujące (ma niewielki łupież) i zapobiegające linieniu, sami takich wyuzdanych nigdy nie mieliśmy. Owszem, to dość wypasiona wersja - tak być u nas psem lub kotem. Czeszemy się regularnie, sierść, połamana i zniszczona ciasno zapiętą i nigdy niezdejmowaną obrożą, odrasta. Wie już, że z sikaniem należy wychodzić do ogrodu i potrafi ładnie się o to upomnieć. Mniej niż pozostałe psy lubi wychodzenie, chyba obawia się, że mu dom odjedzie. Nadal się nie bawi, ale już wie, do czego służą różne smakołyki. Tak, na początku w ogóle ich nie chciał. Przekonał go dopiero wędzony gnat, choć zajmował się nim znacznie krócej niż pozostałe psy. Teraz lubi i cieszy się za każdym razem, gdy zbliżam się do zwierzęcej szafki.

Zasadniczo nie stanowi żadnego problemu dla nas, a jedynie dla siebie - strasznie za mną tęskni, nawet jeśli wychodzę tylko wrzucić coś do bagażnika samochodu stojącego przed domem. Ale cóż... musi zrozumieć, że ludzie wychodzą i wracają. Choć sądzę, że będzie miał z tym problem do końca życia. Czekamy wiosny, żeby mu pokazać, jak fajnie się u nas mieszka, kiedy drzwi na taras są cały czas otwarte, a psy i koty mają do swojej dyspozycji ćwierć hektara, kiedy tylko im się zachce. Liczę, że to mu się spodoba.


14 stycznia 2017

2386

Mamy takiego troszkę upośledzonego sąsiada. Nie jest groźny ani szkodliwy, tylko jakby stale naburmuszony. Zawsze uśmiecham się do niego i mówię "dzień dobry", i wtedy on też mówi mi "dzień dobry". Oczywiście jeśli nie powiem, to on też nie powie. Zdarza się nam nawet wymienić po jednym zdaniu, wyłącznie z mojej inicjatywy. Aby nie używać zbyt długich opisów (np. ten śmieszny, trochę upośledzony sąsiad z prawej), bo to nieekonomiczne, mówimy o nim "dziwny chłopek", bo rzeczywiście jest troszkę dziwny i faktycznie jest takim małym chłopkiem. Mówimy to z sympatią, bo nie widzimy powodu, żeby go nie lubić, mimo że jest burkliwy.

Lesiek bardzo nie lubi dziwnego chłopka i dziwny chłopek nie lubi Leśka. Trudno orzec, co było pierwsze. Natomiast dziwny chłopek bardzo lubi Hanię, ponieważ Hania, gdy była mała, zawsze zakradała się do tych sąsiadów przez kocią dziurę w płocie, a potem - pełna radości, optymizmu i miłości do ludzi - biegła do dziwnego chłopka, nie zważając na jego burkliwość, lizała go w rękę, przewracała się na plecki i żądała miziania po brzuszku. I dziwny chłopek się cieszył, i miział. Teraz Hania nie mieści się już w rzeczonej dziurze, ale towarzyszy czasami przechodzącemu wzdłuż płotu dziwnemu chłopkowi i wymieniają uprzejmości. On coś tam mówi do niej czule, a ona się cieszy i oboje są zadowoleni.

Teraz przybył nam trzeci pies i dziwny chłopek jest bardzo niezadowolony, ponieważ Lesiek go nie lubi, więc Morgan też go nie lubi. I obaj drą ryje na dziwnego chłopka przez siatkę. Lesiek barytonem, a Morgan sznapsbarytonem. Na szczęście nie przeszkadza to dziwnemu chłopkowi odpowiadać na moje "dzień dobry". Podejrzewam jednak, że gdyby wlazł na naszą posesję, to i Lesiek, i Morgan natychmiast zmieniliby do niego stosunek, ponieważ uznaliby go za gościa, a nasze zwierzęta wprost uwielbiają wszystkich gości. Taka zmiana jest dla mnie oczywista. Natomiast ciekawi mnie, czy powróciliby do sąsiedzkiej niechęci po takim spotkaniu. Może kiedyś uda nam się to sprawdzić.

Takie tu mamy we wsi skomplikowane relacje.

12 stycznia 2017

2385

Racja, racja, z wrażenia nie zaprezentowałam Państwu Morgana. Proszę uprzejmie.

Oto Morgan Nakanapowy
A tu zdjęcie ze strony schroniska - z bardziejszą twarzą.

Ma orzechowe oczy
Bardzo grzeczny piesek, jak na psa schroniskowego, naprawdę. Oczywiście nie wie rzeczy, które Lesiek z Hanką mają opanowane do perfekcji, czyli nie reaguje na komendy (poza "chodź tu" i "nie wolno"), ale to pikuś, bo za jakiś czas się nauczy.

Korzystając z okazji chciałabym coś powiedzieć osobom, które myślą o adopcji zwierzęcia ze schroniska. Pamiętajcie o jednej ważnej rzeczy - nie ma zwierząt bezproblemowych. One nie istnieją. Może się Wam tak wydawać, gdy czytacie u mnie te laurki, ale pamiętajcie, że my mamy do zwierząt specyficzne podejście i na byle głupstwach się nie skupiamy.

Morgan obsikał nam w pierwszy wieczór cały dom: ściany, stół, krzesła, kanapę, kominek - wszystko. Nie jadł suchej karmy i nie jadł z miski. Był nadpobudliwy. Zarzygał mi dokumentnie całe auto, którego nie mam jak wyprać i marzę o wiośnie, żeby pojechać na karcher albo go kupić, wyprać siedzenia i podłogę i móc wysuszyć. Bał się każdego głośniejszego dźwięku. Dostał ataku histerii, gdy Prezes wkładał go do wanny. To jest norma. I to nic nie znaczy.

W wychowaniu (kogokolwiek) stosuję przez całe życie jedną niezłomną zasadę: co włożysz, to wyjmiesz. Miłość, spokój i konsekwencja, to wystarczy. Ucz i nagradzaj. Dobre słowo lepsze niż tysiąc złych. Owszem, czasem trzeba długo. Tak, zdarzają się nieliczne przypadki chorób psychicznych, ale to margines.
Mamy jedno dziecko, trzy koty i trzy psy. Wszyscy - poza dzieckiem - są adoptowani (jeden kot nawet wykupiony) i swoje w życiu przeszli. W schroniskach nie ma zwierząt bezproblemowych. Każde z nich przeszło traumę i trzeba mu pomóc to wyleczyć. Jeśli oczekujesz, że weźmiesz do domu idealnie wychowane i spokojne zwierzę... kup sobie w sklepie figurkę, postaw na półce, a osiągniesz stuprocentową satysfakcję. Zwierzęta mają takie same emocje, jak my: boją się, cierpią samotność, przeżywają stresy. Nie oczekuj od porzuconego lub torturowanego zwierzęcia, że w ułamku sekundy otworzy przed Tobą swoje serce. Najpierw udowodnij, że go nie zawiedziesz.

Lesiek i Hania, też przecież ze schronów, wiedzą, że trzeba grzecznie usiąść w wiatrołapie i podawać łapki do wycierania. Morgan tego nie wie i przy pierwszym czyszczeniu łap ze strachu kulił się na podłodze. Dziś nadal nie potrafi usiąść spokojnie i podawać po kolej kończyn, ale bez stresu daje się "oporządzić". Lesiek i Hania wiedzą, że gdy idziemy z miskami, należy grzecznie usiąść i nie wolno tykać jedzenia, póki karmiciel nie pozwoli. Morgan tego nie potrafi, ale już je suchą karmę i w dodatku z miski. U moich rodziców w ogóle jej nie jadł, a na początku musiałam karmić go z ręki. Nie potrafi się bawić, nie rozumie, o co chodzi z tym radosnym podnieceniem na widok piłki. Lesiek już we wtorek wieczorem przynosił mu swoje maskotki - bez skutku. Biegnie za piłką, bo wszyscy biegną, a nie dlatego, że chce ją gonić. Nie wie też, że nie wolno na nikogo skakać.
Takich rzeczy jest mnóstwo. Jeszcze nie wkraczamy z żadnym szkoleniem, bo na to zbyt wcześnie. Najpierw musi uwierzyć, że tu jest dom. NA ZAWSZE. Bez względu na okoliczności.

Dziś była radość, bo Morgan biegał po domu i ogrodzie z podniesionym ogonem. Tak ma być. Uszy powinny stać (ma radary, jak Lesiek, tylko mniejsze) i ogon też. Kiedy jest się u siebie, to nie trzeba podkulać kity pod pupę. Wczoraj pierwszy raz zaszczekał* i okazało się, że ma chrypę i łufłufa sznapsbarytonem.

U nas jest łatwiej, bo jest stado. Kiedy Morgan czuje się nieswojo, patrzy na inne psy. Jeśli one są wyluzowane i się cieszą, to wie, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Ale my też zaczynaliśmy od jednego psa.

Wzięłam urlop psierzyński i jestem z nimi w domu do końca tygodnia. Morgan, prócz rzeczy, których nie wie, posiadł jedno niezłomne przekonanie: że trzeba mnie pilnować jak oczka w głowie. Wczoraj wyskoczyłam do centrum kulturalnego wsi**, nie było mnie z pół godziny. Kiedy wróciłam, ukochałam wszystkich po długiej podróży i usiadłam na kanapie. Pies w te pędy zalogował się na moich kolanach i...
- Popatrz - powiedział Prezes. - Morgan się wzruszył, że już jesteś.
On płakał.

Dla takich chwil warto znieść różne niedogodności. Co polecam Waszej łaskawej uwadze.
#NieKupujAdoptuj


PS Z kotami jest tak samo, tylko trochę inaczej :)



* Jest taki śmieciarz, którego Lesiek nienawidzi i zawsze robi piekło, więc reszta się podłączyła. Za to listonoszkę uwielbia, więc Morgan też.
** Biedronka.

10 stycznia 2017

2384

Państwo pozwolą...

TRÓJKOT
i...

CZIPSY
Jestem wyczerpana.

Morgan (Freeman) jest rezydentem tymczasowym moich rodziców. Bardzo intensywnie szukaliśmy dla niego domu, ale się nie udało. Klamka zapadła - zwrot do schroniska. W połowie drogi pies położył mi łapki na udzie i spojrzał w oczy. A w tych oczach było wszystko. Po prostu rozpłakałam się, wrzuciłam kierunkowskaz i zjechałam prosto do domu. Zostawiłam psa w samochodzie, wpadłam do gabinetu prezesa z tuszem rozmazanym malowniczo po całej twarzy i wysmarkałam:
- Ty go odwieź, ja nie dam rady.

No.
To mamy czipsy.
Koty są zainteresowane. Ale kara na pewno nastąpi.

PS Kiedy usłyszeliśmy podjeżdżający samochód Zuzi, Prezes nagle musiał coś zrobić w kotłowni. I zostawił mnie samą. A ona weszła, popatrzyła i powiedziała:
- Żeby mi tylko nikt nie mówił do niego Murzyn.
No, ale fakt. Jaka miałaby być? Przecież to MOJE dziecko.

4 stycznia 2017

2383

Stoję sobie rano przed fabryką (spóźniona jak zwykle) i jaram. Wtem z przeciwka nadbiega ku mnie koleżanka, z daleka macha i zanosi się płaczem. Trochę mnie zmroziło. I to zanim dowiedziałam się, o co chodzi, bo potem zmroziło mnie bardziej.

Otóż jechała do pracy przez centrum miasta wojewódzkiego. Warunki niekorzystne, więc powoli (mówi, że czterdziestką, ale ja ją znam - chciała zabłysnąć, najwyżej 30). Nagle we wstecznym lusterku zamigotały światła zbliżającego się z dużą szybkością radiowozu, więc grzecznie zjechała w prawo, robiąc mu miejsce. Radiowóz minął ją i gwałtownie zahamował, zajeżdżając drogę. No to się zatrzymała i czeka.

Wysiadło dwóch policjantów, podeszli do niej i zaczęli zachowywać się agresywnie. Ona jest miękka i prędzej uwierzę, że przeniosła staruszka przez strumień na własnych plecach niż złamała jakieś przepisy albo komuś odpyskowała. Pokrzykiwali na nią, kazali okazać dokumenty, natarczywie pytali, czemu zwolniła i zjechała w stronę brzegu jezdni. Zgodnie z prawdą odpowiedziała, że widziała ich sygnał świetlny i pośpiech, więc uznała, że należy zrobić przejazd. Na co pan policjant oznajmił, że stanowi zagrożenie w ruchu drogowym, znacznie przekroczyła dopuszczalną prędkość (sic!) i zabiera jej prawo jazdy. I żeby nie podskakiwała, bo on ma świadka, po czym wskazał na kolegę.

Dziewczyna kompletnie zgłupiała i zaczęła pytać, o co im chodzi. W tym momencie panowie zmienili zdanie i powiadomili, że mogą nie odbierać jej prawa jazdy, ale musi przyjąć mandat karny w wysokości 350 zł, a do tego 10 punktów. Spanikowała, bo gliniarze nie oddali jej dokumentów i przyjęła mandat oraz punkty.

Szlag mnie jasny trafił, bo to już jest skurwysyństwo. Jak bardzo jestem zwolenniczką wzmacniania pozycji policji i budowania szacunku wokół służby, to jednak bandyctwa nie znoszę.
A sytuacja jest kompletnie bez wyjścia, bo oni są bezkarni.
Przerażające.