17 października 2017

2425

Na Facebooku trwa akcja #metoo. Osobom, które nie korzystają, wyjaśniam, o co chodzi. Otóż każda kobieta, która zechce, a czasem i mężczyźni, umieszcza na swoim wallu następujący tekst:
#Jateż
*Jeśli wszystkie kobiety, które były kiedyś napastowane lub/i molestowane seksualnie napisałyby "Ja też" w statusie, być może pokazałybyśmy ludziom, jaką skalę ma to zjawisko.
(więc kopiuj i wklej!)
#MeToo
*If all the women who have been sexually harassed or assaulted wrote "Me too." as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.
(so copy and paste!)

Niektóre po prostu piszą: ja też. Niektóre opowiadają swoje historie. Czasem ogólnie, czasem ze szczegółami. Wiele z nich pisze, że powiedziało o tym pierwszy raz w życiu, inne - że skarżyły się swoim bliskim, ale je zlekceważono, więc nigdy nie wracały do tematu. Odzywają się też faceci, bo oni też bywają ofiarami przemocy seksualnej. Piszą w końcu tacy mężczyźni, których przeraziła liczba wyznań wśród znanych im kobiet, w wyniku czego poczuli się jak szmaty. Zwykle nie wiedzą, co powiedzieć, ale tak naprawdę nie trzeba mówić niczego szczególnego. Bardzo ich szanuję za tę odwagę.

Na początku nie chciałam w tym wziąć udziału z dwóch powodów:
1. bo to bardzo bolesne i nawet myślami nie chciałam nigdy do tego wracać,
2. bo uważam, że nie ma na świecie kobiety, która nie została dotknięta jakimś przejawem molestowania.
Nie chcę, żeby ktoś mi udowadniał, że go to nie dotyczy. Jeśli jesteś jedną z trzech kobiet, które przeszły przez życie suchą nogą, to super. Mam nadzieję, że tak już pozostanie i z całego serca Ci tego życzę. Pamiętaj, że wzięcie udziału nie jest obowiązkowe. Możesz nawet udawać, że Cię to w ogóle nie obchodzi. Wręcz może Cie to nie obchodzić. Naprawdę. Mnie też niektóre rzeczy nie obchodzą.

Hasztag (użycie krzaczka z jakimś tekstem) na Facebooku powoduje, że można łatwiej dotrzeć do postów publicznych otagowanych w ten sposób. Wpisuje się konkretny hasztag w pasek wyszukiwania i uzyskuje wynik w postaci wszystkich otagowanych tak wypowiedzi w jednym miejscu. Przeczytałam już chyba wszystkie wypowiedzi znajomych kobiet, więc wrzuciłam w wyszukiwarkę i zaczęłam czytać opowieści obcych osób. Wiecie, co mnie najbardziej uderzyło? Mnóstwo kobiet, bardzo młodych, młodych, starszych i mocno starszych pisze o tym, że pierwszy raz było molestowanych seksualnie jako maleńkie dzieci. Że nie rozumiało, co się dzieje, ale czuło, że to jest złe. Że molestowali najczęściej mężczyźni im znani, bliscy, członkowie rodziny, ojcowie, dziadkowie. Płaczę nad tymi tekstami, bo one są tak straszne, że nie potrafię znaleźć żadnych słów. A potem trafiam na otagowany tekst, że feministki wymyśliły sobie nową akcję, bo są brzydkie, grube, wstrętne i nikt ich nie chce. Trafiam na teksty kobiet, które piszą: "Nie byłam nigdy molestowana, czuję się brzydka, hahaha". I chce mi się wymiotować.

Do kogo to mówicie?! Do czteroletnich dziewczynek?! Do tych małych dzieci, które ciagle tkwią skulone w kącie naszych serc, a które doznały krzywdy tak wielkiej, że nigdy się z niej nie podniosły?! Że znalazły tylko jeden sposób, by żyć dalej: wyparły albo udają, że to wszystko się nie wydarzyło?! Do kogo to mówicie?!!!

Poznałam wiele twarzy molestowania seksualnego i poznaję je nadal, nieustannie, bez przerwy. Byłam molestowana jako malutkie dziecko, byłam molestowana przez krewnego - nie, przepraszam, nie przez jednego krewnego, byłam molestowana jako dziewczynka, jako młoda i jako dojrzała kobieta. Dotykano mnie wbrew mojej woli, zmuszano do czynności seksualnych wbrew mojej woli, molestowano mnie werbalnie, obrażano w aspekcie seksualnym, nazywano kurwą, ponieważ - o, ironio! - nie chciałam z panem. Zdarzyło mi się to nie raz, tylko WIELE razy. Doświadczyłam również stealthingu, a tego pojęcia możecie nie znać. To rodzaj przemocy seksualnej, polegający na celowym zdejmowaniu prezerwatywy w trakcie stosunku, tak, aby kobieta nie miała świadomości, że odbywa się on bez zabezpieczenia. Jak powszechne musi być to zjawisko, skoro doczekało się własnej nazwy?
Nigdy nikomu o tym nie mówiłam.

Nie będzie szczegółów. Wciąż mnie na to nie stać. Boję się, że jeśli kiedyś tama pęknie, wyleje się wszystko i to będzie trwało bardzo długo. Chcę zapomnieć. Ale nie chcę wyjść z tego bez refleksji.

Nie będę stała z boku. Nie będę patrzyła w milczeniu. Nie podaruję sobie reakcji. NIGDY. Możesz nazywać mnie feminazistką - uważam to za komplement. Możesz wyzywać od frustratek, mam swoje dobre życie, a Ciebie mam w dupie. Jeśli dzięki mojej reakcji choć jedno dziecko, jedna dziewczynka, jedna kobieta uniknie traumy, uznam, że było warto.

Jeśli więc sądzisz, że nigdy nie doświadczyłaś żadnego przejawu molestowania, możesz przejść mimo. Albo możesz zrobić rachunek sumienia - ot, tak, dla samej siebie. Albo możesz stanąć z nami w jednym rzędzie i po prostu tu być.
Jeśli jesteś facetem, który nigdy nikogo nie molestował, możesz przejść mimo. Albo możesz zrobić rachunek sumienia - ot, tak, dla samego siebie. Albo możesz stanąć z nami w jednym rzędzie i po prostu tu być.

Otwierając wiecznie zamknięte usta możemy uratować wiele dzieci. I wiele dorosłych osób.
Może się nie opłaca. Ale warto.

15 października 2017

2424

Dziś będzie o tym, że są jeszcze fajni ludzie na tym łez padole, ludzie zupełnie oraz całkowicie obcy, po prostu fajni sami w sobie. W opozycji do następnej notki, w której przestrzegę Was przed sklepem internetowym, a szczególnie jego właścicielką. Ale do rzeczy.

Zuzanna wpadła na chwilę i, namawiana przeze mnie, spakowała sobie w paczkę 21-kilową różne pinkle, z naciskiem na odzież i obuwie jesienno-zimowe. Zobowiązałam się rzeczoną paczkę wysłać do niej, korzystając z licznych, obecnych na rynku ofert. Tu uczulam wszystkich, żeby sprawdzali firmy wykonujące tego typu usługi - reklama szeptana, jak zawsze, najlepsza. I z takiej finalnie skorzystałyśmy. Opisu przedzierania się przez szemrane oferty i niebotyczne ceny Wam oszczędzę.

Firma mieści się w Bochni i działa dwuetapowo. Zamawia Wam kuriera DPD do wskazanego punktu w kraju, ściąga do siebie paczkę, ładuje na własny samochód i wiezie. Za to nie pobiera żadnych pieniędzy, ponieważ ten etap jest wkalkulowany w usługę. Koszt przesłania paczki do 31 kg do Wielkiej Brytanii wynosi 20 funciaków i przedstawiciel firmy podkreśla, że wolą, aby im zapłacić po wykonaniu usługi, czyli przy odbiorze. Serio? Czyli doręczą skutecznie? Nie porzucą, nie podrzucą, nie zgubią, bo się im nie opłaca?! Myślałam, że takie rzeczy to tylko w bajkach. A jednak.

Zaczęło się źle. Liczył się czas, bo zamawiałam we wtorek, a w czwartkową noc paczka miała wyruszać do kraju przeznaczenia. Umówiono mi więc kuriera DPD do pracy, ponieważ w przedziale godzinowym 9-17 nie przebywam w domu. Jakież nieprzyjemne było moje zdziwienie, gdy kurier po prostu nie przyjechał do 18.30, o czym nikt nie był nawet uprzejmy mnie powiadomić, mimo że wielokrotnie kontaktowałam się z DPD w ciągu dnia, prosząc o informację, kiedy mniej więcej mogę się go spodziewać. Zbywano mnie każdorazowo, że nie ma kontaktu z kurierem. W odruchu rozpaczy skontaktowałam się z panią z firmy transportowej (czyli podstawowym usługodawcą) i tu się historia zaczyna.

Pani okazała się niezwykle życzliwą, zaangażowaną, konkretną i sumienną osobą. Usłyszawszy, że siedzę w robocie oczekując kuriera już ponad trzy godziny po odgwizdaniu fajrantu, a w paczce znajduje się odzież, gwarantująca ocieplenie relacji z dzieckiem mym jednorodnym, a co za tym idzie - zależy mi na jej wysłaniu w sposób istotny, wypuściła z mocą powietrze z płuc, po czym zakrzyknęła:
- O nie! Tak to nie będzie! Co za kmioty w tym DPD! Pani jedzie do domu i zaczeka, do godziny oddzwonię.
Faktycznie, oddzwoniła.
- Gdzie pani mieszka? - zapytała.
- W Imielinie - wyrzęziłam, zdając sobie sprawę, że moje piękne miasto leży po drodze donikąd.
- Z czwartku na piątek w nocy przyjedzie do pani nasz kierowca i odbierze paczkę osobiście. Dam znać, o której.

Rozmawiałyśmy jeszcze z pięć razy. Finalnie stanęło na przedziale godzinowym: północ - druga. Pani pouczyła mnie, żebym położyła się spać i nie czekała na kierowcę, ponieważ otrzyma on mój numer telefonu i zadzwoni z drogi, pół godziny przed przyjazdem, żebym zdążyła się dobudzić. I dodała, że mam się nie przejmować, bo ona ręczy, że dziecko swoje szmaty dostanie.
- Bardzo pani dziękuję - wymamrotałam rozczulona.
- Nie ma za co, proszę pani. Też jestem matką - odpowiedziała, a ja poczułam tę naszą wspólną, kobiecą moc, dla której żadne przeszkody nie istnieją, wszystko da się pokonać, wszędzie da się dojść i przybić chorągiewkę z napisem "Byłem tu, Marian".
- Wie pani co?
- No co? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Życzę pani, żeby do końca świata wszyscy ludzie traktowali panią tak, jak pani traktuje innych. Sądzę, że to pani zapewni dobre i spokojne życie.
Ucieszyła się dobrym słowem, jak ja ucieszyłam się jej postępowaniem.

Kierowca przyjechał o 1.20. Zadzwonił zgodnie z umową i obudził mnie. Po paczkę wszedł do domu i zaniósł do samochodu, żebym nie musiała się fatygować. Życzyłam mu szczęśliwej i spokojnej podróży. Podziękował grzecznie i już go nie było. W sobotę odnalazł Zuzię, dostarczył przesyłkę, wniósł na pierwsze piętro bez szemrania. I dlatego, Moi Drodzy, jeśli będziecie potrzebowali solidnego i niedrogiego transportu przedmiotów, udajcie się tu:


A panią, której imienia w tym zamieszaniu nie zdążyłam poznać, pozdrawiam z całego serca. Dobry z Pani człowiek.

12 października 2017

2423

Jestem feministką.
Lubię kolorowe buty.
Ale lubię też glany.
Poszłam więc do Dr. Martensa, a on na to:

JEST ROZWIĄZANIE!



W ten oto sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką obuwia na jesień. Oraz liczne kolejne jesienie, znając mnie.

9 października 2017

2422

Skończyłam "Małe życie" Hany'i Yanagihary.

Skończyłam, a czytałam ją baaardzo długo. Nie bez powodu. To jest trudna książka. Ale wywarła na mnie takie wrażenie, że postanowiłam się tym z Wami podzielić.

Siedzę nad wirtualną pustą kartką i nie wiem, od czego zacząć. Nigdy jeszcze nie przeczytałam takiej powieści i nie wiem, czy jeszcze kiedyś na podobną trafię. To książka, która sięga gdzieś do głębi człowieczeństwa. Sięga pazurami i szarpie. Czytałam ją bardzo powoli i z przerwami. Na poczatku była trudna - mnóstwo splątanych wątków, za którymi nie potrafiłam nadążyć i o mało się nie poddałam. Nie dawałam rady w papierze, kupiłam audiobooka. Ogłosiłam nawet na fejsie, że to moje największe rozczarowanie, ale zachęcono mnie do wysiłku, więc podjęłam go raz jeszcze i nie żałuję.

To jest dzieło wielkich sprzeczności. Znajdziecie w nim wyjątkową, bezinteresowną i cudownie piękną, choć bardzo trudną miłość. Nie tylko w relacji partnerskiej, ale też rodzicielskiej. Znajdziecie przyjaźń, o jakiej każdy z nas marzy: na dobre i na złe, zwłaszcza na złe. Znajdziecie dramat ludzkich losów i zło, od którego coś w człowieku pęka. Płakałam czytając tę książkę. Płakałam wiele razy. Z bólu, ze wzruszenia, ze złości, z bezsilności. Nie żałuję ani jednej łzy.

Przerywałam również czytanie, ponieważ wiele razy chciało mi się wymiotować. I doszłoby do tego, gdybym nie robiła przerw. Krzywda, jakiej doświadcza główny bohater, zło - najczarniejsze, najpodlejsze, najgorsze, jakie tylko można sobie wyobrazić, niezasłużone w niczym - zmuszało mnie do odpoczynku. Musiałam odpocząć, żeby nie zwariować. A jednocześnie nie mogłam przestać czytać i to kolejna sprzeczność tej pozycji. Chciałam ją rzucić i nigdy nie wracać, ale nie mogłam, bo działała na mnie niczym magnes.

Prócz nieprawdopodobnie wyjątkowej opowieści, książka ta ma również znakomitą konstrukcję. Autorka świadomie i po mistrzowsku żongluje czasem przeszłym i teraźniejszym, niesłychanie sprawnie porusza się między osobami dramatu, w cudowny sposób opowiada rzeczywistość i te opisy są jak utkane z motylich piór na kanwie ludzkiego istnienia. Bez nich całość nie miałaby sensu. W zachwyconym milczeniu oglądamy przyrodę, architekturę, sprzęty, wyposażenie wnętrz, ubiór postaci, składniki potraw... Istne laboratorium ziarenka piasku.

Głównego bohatera znamy przez całe jego życie, choć opowieść nie toczy się liniowo. Złapałam się na tym, że raz myślę o Judzie jako o małym dziecku, innym razem o młodzieńcu, jeszcze innym o moim rówieśniku, a w końcu Jude jest już ode mnie starszy, ale te jego wcielenia są mi bliskie bez względu na moment akcji. Jude stał się częścią mnie na zawsze i na pewno nie rzucam słów na wiatr.

Czy ja Wam tę książkę polecam? Boże... Nie wiem. Z jednej strony całe moje jestestwo krzyczy: TAK!!! KONIECZNIE!!! NATYCHMIAST!!! Z drugiej jednak byłoby nieuczciwe, gdybym Was nie ostrzegła. Jeśli jesteście w dołku, osłabieni, coś Wam się nie układa - odłóżcie życie Jude'a na później. Mogę sobie bez trudu wyobrazić, że czytanie ośmiuset trudnych stron na niewłaściwym zakręcie życia może z nigo po prostu wywalić.

Ktoś mi powiedział: "Znam osobę, która po skończeniu czytania natychmiast obróciła książkę i zaczęła ją czytać od początku". Wiecie, co zrobiłam, przeczytawszy tę książkę?
Natychmiast zaczęłam ją czytać od początku.
Naprawdę.

Bo to jest książka, która zmienia człowieka na zawsze.

1 października 2017

2421


Piękną mamy złotą, polską jesień, więc zabrałam Prezesa i sraluchy na spacer do lasu. 
Czyli jakieś 500 m.

Przy naszej wiejskiej ulicy

Nie narzekamy na widoki
Ani na otoczenie

Ani nawet na sąsiedztwo

Miłe w sumie

Jestem już samowystarczalna w spacerowaniu - spinam je razem i tylko pilnuję, żeby się nie pozabijały
A to nasze własne kwiatki, które za nic mają jesień

A jak Wy spędziliście niedzielę? Bo my akurat w promocji mamy też dziecko, ale pilnowało kołdry.

19 września 2017

2420

Monsieur O., zwany roboczo Okoniem, którego pole orne graniczy z naszym ogrodem i któren był uprzejmy w 2015 roku, w ramach tańca świętego Wita na kombajnie, skosić nam płot, chyba wytrzeźwiał. Aż miło popatrzeć, jak on orze na traktorze, trzymając się od naszej siatki na odległość czułą.

Inna sprawa, że się nie rzucaliśmy. Nie żądaliśmy odszkodowań. Nie windykowaliśmy mu majątku i nie nachodziliśmy w domowych pieleszach, choć wiemy, gdzie to jest. Określiliśmy oczekiwania na wymianę siatki z zapasem jednego przęsła z każdej strony. Zakończywszy prace polowe, Okoń po prostu przyjechał i wymienił. Nie miał z tym wielkiego kłopotu, bo tego typu płoty ma tu co drugi mieszkaniec i łatwo nabyć części w lokalnym budowlanym. Nie miał tez przesadnych kosztów. Rozstaliśmy się w pokoju.

W kolejnym sezonie Okoń przybył na swym wielokonnym, stalowym rumaku, podjechał nam do płota, aż zamarliśmy w niemym oczekiwaniu, a następnie ustawił się równolegle ze stosownym zapasem i jął żąć. Dojechawszy do granicy przestawił się o 90 stopni i rozpoczął standardowe rundki w stronę protiwpałożną. Wyżęty na szerokość kombajnu pas wyraźnie wyznaczał koniec trasy. A i szaleństwo na zakrętach jakby nieco się ustabilizowało.

Dziś obserwowałam jego traktor (nowoczesny, błyszczący, szacuję na jakieś 100 kafli) z przystawką. Trzeba człowiekowi przyznać, że po trzeźwemu radzi sobie po prostu znakomicie, nieomal do centymetra. Znów zaorał równolegle, po czym odwrócił się o 90 stopni i zaliczył całe pole. Na wszelki wypadek pozostawiwszy nawet pas traw w granicy. Jak to czasem warto nie być człowiekowi wilkiem.

17 września 2017

2419

Jakem obiecała niektórym, tak czynię. A że z poślizgiem, to z bonusem.

W ubiegłym tygodniu kot marki Zofia odwalił numer w niektórych kręgach zwany Numerem Karola, a ci, którzy o tym nie czytali, po obecnej lekturze mogą sobie resztę dopowiedzieć. Otóż nadchodził mrok i w dodatku dżdżenie się wzmagało, więc zaproponowałam stadu, by wróciło do domu. Z uwagi na wzmiankowane wzmaganie wszyscy powrócili szybko i bez zbędnych ceregieli, nawet kot marki Edward, któren tylko odrobinkę zamarudził pod samochodem, by następnie rzucić się ochoczo ku drzwiom i matce, gruchającej ku niemu słodko wew tych drzwiach.
Wszyscy, prócz Zofii.

Ja się z Zofią znam od lat bez mała dwunastu, choć ostatnio ciuteńkę mi się wiek dzieciątek poptasił i chodzą plotki, że nawet od trzynastu. Po pierwsze wiem, że Zofia lubi żyć wygodnie, co nie obejmuje moczenia futerka bez potrzeby. Po drugie wiem, że Zofia jest kotem. Właściwie to Zofia jest kwintesencją kotowatości i mogłaby stać w Sèvres pod Paryżem tuż obok wzorca metra i kilograma. A co za tym idzie, Zofia się czasem zaszywa. Ale, jak wspomniałam, znamy się nie od dziś i potrafię ją odnaleźć nawet pod idealnie gładką, bez najmniejszych wybrzuszeń narzutą na jednym z trzech możliwych łóżek. Zawoławszy Zofię do domu osiemnaście razy, ruszyłam eksplorować wnętrze. Dla całkowitej pewności czynność powtórzyłam dwukrotnie z przerwani na wzywanie Zofii do domu z ganku i tarasu. Następnie, solidnie już zdenerwowana, posłałam Prezesa na pięterko, do garażu, do kotłowni oraz pobrałam latarkę - gdyż w międzyczasie całkowicie ściemniało - i przeryłam się przez pozostałe garaże, a nawet drewutnię. Oraz drogę, krzaki i ogród sąsiadów.

Im bardziej zaglądaliśmy do wszystkich dziur, tym bardziej Zofii w nich nie było. Atmosfera zrobiła się dosyć napięta. Oświetliwszy taras światłem zewnętrznym warowałam przy drzwiach, komentując dość histerycznie, że na pewno coś jej się stało, bo przecież zawsze przychodzi na wołanie, a tu zima akurat, chwycił mróz i śnieg już spadł, że się zaziębi, zapadnie na płuca, wdadzą się suchoty i po Zofii, że ją jakiś idiota samochodem potrąci, bo nie nawykła nikomu z drogi ustępować oraz że ja tego nie przeżyję. Nastrój udzielił się wszystkim. Część domowników stała przy mnie i oddawała się rozpaczy, część miotała się po całym domu zaglądając to tu, to tam, czy aby Zofia gdzieś się jednak nie ukryła. Nikt nie pozostał obojętny, nawet Zofia, która pilnie zaglądała za zasłony i do miseczek. I to właśnie ona pierwsza znalazła Zofię.
Za cholerę nie wiem, gdzie siedziała, ale do dziś mam ochotę ją ukatrupić.

Bonus

A wczora z wieczora wołam wszystkich psów do domu, bo leje. Dwa przyszli, trzeci nie przyszedł.
- Leśkuuuu - pieję. - Leśkuuuuuuuuu!
Nie ma.
Cimno. Zimno. I dżydż.

Chcąc nie chcąc wzułam lacie ogrodowe i ruszyłam na poszukiwania w deszczu i ciemności. Gdy obeszłam już cały dom, wyszło na jaw, że Lesiek jest na tarasie, tylko zajęty, bo akurat zapoznał żabę. Chyba dość istotnie ją zapoznał, więc wzięłam gada na ręce (tu ukłon w stronę pomysłu, żeby mieć psy, które można jakoś oderwać od ziemi) i przyniosłam do domu, gdyż nie ma opcji, by Lesiek z własne woli porzucił taką żabę samiusieńką w deszczu i ciemności. Wytarliśmy się w wiatrołapie, wlaźliśmy do domu, a tu nasz bohater zaczyna zachowywać się dziwnie. Na głowie staje, mordę w kanapę wyciera, łapą sobie coś z twarzy wyciąga. Patrzę... a mój malutki szczeniaczek ze schroniska nie ma jednego oka!

Łapłam szczeniaczka, zaciągłam do łazienki, wywaliłam z łazienki wszystkich, którzy nie byli związani ze sprawą, łapłam szczeniaczka, zaciągłam do łazienki, drzwi zamkłam, rzuciłam się na kolana, psu każąc uprzednio posadzić dupsko i nuże oglądać miejsce po oku. Dokładne oględziny wykazały, że oko jednak jest, tylko kaprawe, spuchnięte, zaglucone i z zajdzioną trzecią powieką.
Westchnąwszy umyłam psu okolice oka płynem do soczewek, który wpadł mi w ręce, dokonałam przeglądu asortymentu w łazience i znalazłszy Prezesowskie krople do oczu, rozpoczęłam żmudny proces wypłukiwania z oka - jak podejrzewałam - oznak niezadowolenia żaby.
Co oczywiście nie budziło zadowolenia zainteresowanego.

I tak kropiliśmy to oko wielokrotnie do dzisiejszego południa. Troszeńkę jeszcze łzawi, ale wygląda dobrze. W podzięce piesek Lesek przyniósł mi... żabę. Trzy razy większą niż poprzednia.
Ja to się mam!






16 września 2017

2418

Z uwagi na porzucenie przez męża, co się bezpośrednio wiąże z pobytem w domu samosześć, rzuciłam się do różnych czynności, bo co tak tu będę sam siedział*. Skutkiem czego nie mamy już nic do wyprania (czy wysuszenia) ani do umycia i schowania w szafkach. Posunęłam się nawet do pielenia w ogrodzie oraz - mimo całkowitego braku wiary we mnie - napaliłam sama w piecu i nagrzałam sobie wodę (może się z nudów wykapię w wannie). W odruchu rozpaczy i poszukiwania zajęcia zlikwidowałam również barek. Nie, no co Wy?! Nie, że zlikwidowałam całkowicie, przecież nie jestem szalona, tylko przeniosłam wszystko, co w nim było, w inne miejsce, uprzednio rzeczy z innego miejsca przenosząc w inne miejsce. Tym samym przysięgłam sobie:
a. nie kupować żadnego alkoholu (wyjąwszy wino), póki nie wypijemy wszystkiego, co zgromadziliśmy obecnie w spiżarni**,
b. kupić wymarzoną kolonialną szafę na wina, którą obwąchuję od - bez mała - roku.

W celu realizacji powyższych śmiałych planów:
a. wypiłam resztę Metaxy,
b. napisałam maila do sklepu od rzeczonej szafy z zapytaniem, jak wyobrażają sobie ewentualny transport.
W razie, gdyby sobie nie wyobrażali, będę musiała podjąć Kroki, czyli uderzyć do braciszka (cieszę się, że to czytasz, będzie mniej żebrania), użytkującego radośnie samochód dostawczy i namówić go, żeby skoczył ze mną do Bochni. Gdyż chcę ten mebel i nic mnie nie powstrzyma. Rzeczona szafa jest piękna oraz droga, ale postanowiłam podejść do tego siłom i godnościom osobistom, a więc posiadam środki, mimo że musieliśmy zapłacić w tym roku paru osobom za wystawny posiłek, że o balustradzie nie wspomnę. Jednakowoż jestem kobietą wielce gospodarną, potrafię ugotować zupę z gwoździa i oszczędzać pieniądze, radośnie trwonione przez mojego męża. Aby to osiągnąć, jestem gotowa nawet na krótkotrwałe pozbawienie go przytomności.

W chwili obecnej nie mam nic do roboty, ale w nowym barku zgromadziłam bardzo wiele alkoholu do wypicia, więc jest szansa, że jakoś to wszystko przetrwam. Pogodę mamy do dupy do tego stopnia, że nawet psy się uśpili, gardząc gnaniem przed siebie i darciem mordy na sąsiadów, a koty zapewne powrócą niebawem. Sprzątnęłabym coś, ale wszędzie mam posprzątane, nawet w szafie. Co prawda roboty służbowej zalega mi pod sufit, ale postanowiłam, że do takich rzeczy w weekend nie będę się zniżała. W związku z powyższym idę szukać kolejnego alkoholu do wypicia, czego i Państwu życzę.


* To jest odnośnik kulturowy, gdyby kto nie wiedział.
** Miejsce, o którym mowa, nadal nie jest spiżarnią, ale uważam, że słowa mają moc sprawczą, więc będę je tak nazywała, póki się nie ziści.

11 września 2017

2417

MUSI to robić.


2416

Dzień szczepień

Wetka: Chciałam ci powiedzieć, że buty* robią furorę.
Łoterloo: No, ja myślę.
Wetka: Więc powiedziałam mężowi, że dzisiaj jadę do ciebie na kawę, żeby się nie martwił, że mnie tak długo nie ma.
Łoterloo: Ucieszył się?
Wetka: Błyskawicznie zareagował: "Do połykacza jedziesz?".
Łoterloo: Właściwie to powinien powiedzieć "do połykaczy". W końcu pierwszym pacjentem po połyku był u was Lesiek. Tylko on to wysrał.
Wetka: Jeeezuuuu, ale wiesz, jak teraz o tym myślę, to on powiedział "do połykaczy". Ma pamięć, cwana jucha!
Łoterloo: Kojarzę mu się z zawartością psich żołądków i drenażem przez ciebie portfela. A tak się starałam.



* Namówiłam ją na irregularki. Właściwie to nie musiałam długo namawiać.